Pochodzą z Piekar Śląskich i kochają muzykę. Są nazywani Śląskim Rammsteinem. O tym, czym dla zespołu „Oberschlesien” jest Śląsk i ślonsko godka, rozmawiałem z wokalistą Michałem „Modym” Stawińskim.
Wiosna jest czasem, kiedy wspominamy dwie wybitne osobowości, bez których inwencji nie zaistniałyby kluczowe dla naszego regionu miasta, dzielnice i zakłady pracy.
Nie kataklizm czy najazd obcych doprowadza do upadku państwa i całe cywilizacje, lecz bankructwo finansów publicznych. Mając w pamięci permanentny kryzys z czasów PRL-u i jego apogeum w latach 80-tych oraz kurację, jaką przeszliśmy, twierdzę, iż prawdziwą przyczyną bankructwa jest błędne przekonanie o dobroczynnej roli taniego kredytu i inflacji.
Nie jest tajemnicą, że Śląsk, który sam wydał na świat wiele wybitnych postaci, przez wieki był też magnesem przyciągającym najświatlejsze z umysłów. Do takich możemy niewątpliwie zaliczyć Johna Baildona ze Szkocji.
Z początkiem kwietnia ok. trzystu pracowników chorzowskiej Huty Batory strajkowało przeciwko pogarszającym się warunkom płacy i pracy w zakładzie. Żądali m.in. odstąpienia od zwolnień grupowych, wycofania wypowiedzeń, przestrzegania zapisów układu zbiorowego pracy oraz likwidacji umów śmieciowych. Efekt? Ze 124 osobami rozwiązywane są właśnie umowy o pracę.
W ostatnim okresie wiele osób żyło wstępnymi wynikami zeszłorocznego Narodowego Spisu Powszechnego, które w marcu ogłosił Główny Urząd Statystyczny. Według powszechnej opinii wyniki te należy uznać za sukces Ślązaków, gdyż 807 tys. zadeklarowało przynależność do śląskiej grupy narodowej czy etnicznej. W medialnym szumie zginął gdzieś kompletnie fakt, że nie podano jeszcze informacji ile osób zadeklarowało w trakcie spisu posługiwanie się językiem śląskim.
Czy żyjemy w Państwie wyznaniowym? Zdaniem wielu, finansowo niezadowolonych ludzi tak. Nie ma już Żydów, masonów, bikiniarzy, kiełbasianych spekulantów czy cyklistów. A winą za krajową biedę trzeba przecież kogoś obdarzyć. Więc podsunięto ludziom Kościół, odtąd uznawany za źródło wszelakich niepowodzeń, pochłaniacz naszych pieniędzy. Nikt przynajmniej nie zwróci uwagi na to, że żyjemy w Państwie nie wyznaniowym, ale uznaniowym. Bo od dawna czyjeś uznanie zastępuje prawo, zdrowy rozsądek i społeczne oczekiwania.
STAWKA: TOŻSAMOŚĆ HISTORYCZNA BIELSKA:
Bielsko-Biała to miasto szczególne, chociażby już z racji swojej podwójnej historii. Bielsko, obchodzące w tym roku okrągłą siedemsetną rocznicę pierwszej udokumentowanej wzmianki na swój temat, to miasto nierozerwalnie związane ze Śląskiem Cieszyńskim i jego dziejami. Natomiast, połączona z nim w czasach Polskiej Rzeczpospolitej Ludowej, Biała, leży na ziemi krakowskiej. Tymczasem w ostatnich latach, i tak nieoczywista, tożsamość regionalna mieszkańców została skomplikowana jeszcze bardziej. Choć brzmi to niewiarygodnie, pojawił się bezprecedensowy w Europie pomysł… utworzenia nowego regionu! Takim regionem ma być „Podbeskidzie”. Od chwili pojawienia się tego terminu w debacie publicznej, jest on intensywnie promowany przez niektóre środowiska (m.in. nazwano w ten sposób w 1997 roku miejscowy klub piłkarski). Widać już też pierwsze negatywne efekty tego pojęciowego zamieszania w psychice bielskiej młodzieży (zwłaszcza w środowiskach słabiej wykształconych i kibicowskich), którymi są coraz silniejsze ksenofobiczne postawy antyśląskie.
Kwiecień zaczął się z przytupem. Lekcja z górnośląskiej historii po premierze sztuki Miłość w Konigshutte jeszcze się nie skończyła. Po głośnej recenzji Henryki Wach-Malickiej media zawrzały - RAŚ klaszcze na sygnał, a najważniejsza sztuka Ingmara Villqista staje się jego największą porażką. Wątpię. Sztukę koniecznie trzeba zobaczyć, by ją samemu ocenić. Co prawda do Bielska Białej trochę nam nie po drodze, ale pani recenzentka dobrze wiedziała, że jeśli pojawi się hasło RAŚ, zapewne będzie głośno. I było. O recenzji Dziennika Zachodniego rozpisały się wszystkie media, autorka zyskała rozgłos, reżyser z pewnością nowych widzów, bo nieważne co mówią, ważne by mówili. A co w takim razie uzyskał RAŚ?
Tak rozpoczął swoją opowieść pan Eryk, a właściwie Erich. Ale zanim do tego doszło, to najpierw musiałem się urodzić, co nastąpiło w lipcu 1926 r. w Bełku, jako pierwsze i ostatnie dziecko moich rodziców. Tata wykonywał zawód rzeźnika, a mama zajmowała się prowadzeniem domu, przez co nasza rodzina mogła funkcjonować według ówcześnie przyjętych norm i zasad. Mój ociec brał również udział w I wojnie światowej, podczas której został ranny w rękę. Myślę, że to właśnie ten okres w jego życiu zadecydował o zaangażowaniu się dość mocno w politykę, co w przyszłości zaowocowało przykrymi dla niego następstwami.