7 pytań do Roberta J. Szmidta, redaktora naczelnego miesięcznika „Science Fiction”
Z pisarzem, wydawcą i redaktorem naczelnym ukazującego się w Katowicach miesięcznika "Science Fiction" (konkurującego z powodzeniem od lat na prasowym rynku z warszawską "Nową Fantastyką") rozmawia Piotr Drzyzga.
Na początek pytanie o samopoczucie: wydawał Pan magazyny dotyczące branży kaset video, konsol i gier PlayStation, czy wreszcie literatury fantasy i science-fiction - jak się Pan czuje, jako weteran rynku prasowego?
Boże, jak to brzmi… weteran. Ale to chyba prawda. Zacząłem bawić się w wydawcę na początku lat dziewięćdziesiątych, co czyni mnie dinozaurem wolnego rynku prasowego. Aczkolwiek wcale się nim nie czułem, do teraz, kiedy uświadomiliście mi, że to już taki kawał czasu.
W jaki sposób doszło do powstania miesięcznika "Science Fiction"?
Absolutną prawdą jest to, że pojechałem na spotkanie z dawnymi kolegami po piórze z myślą tylko o namówieniu ich na wydanie książki, antologii tekstów poświęconych Wrocławiowi, z którego wszyscy pochodzimy i w którym wielu znakomitych pisarzy science-fiction rozpoczynało swoje kariery. Podczas długiej wieczornej rozmowy przy ognisku wysłuchałem wielu ciekawych opinii o rynku wydawniczym, wypowiadanych przez ludzi, którzy byli na nim od lat i znali go niemal od podszewki. Ze wszystkich tych wypowiedzi wynikało jedno: zapaść wydawnicza nie była spowodowana brakiem tekstów, dobrych tekstów, ale przekonaniem wydawców i co najśmieszniejsze, osób znanych w światku fandomowym, że nikt nie będzie kupował książek polskich autorów. Nie podzielałem tego zdania, a że mam zwyczaj empirycznego sprawdzania takich teorii, stworzyłem "Science Fiction", pismo unikatowe, zaryzykuję twierdzenie, że na skalę światową - oczywiście nie licząc rynków anglosaskich - ze świecą bowiem szukać magazynów literackich a zwłaszcza fantastycznych poświęconych wyłącznie rodzimym tekstom. Czas pokazał, że racja była po mojej stronie, już lata temu ci, którzy na początku wieszczyli mi rychły upadek przyznali, że był to znakomity ruch. Tworząc pismo nie kierowałem się, jak adwersarze mojej idei, własnymi wyobrażeniami, ale konkretnymi danymi, które jasno wskazywały, że promocja własnych autorów opłaca się, w sytuacji, gdy wydawcy mogą liczyć już tylko na pisarzy zagranicznych trzeciej świeżości - co było zrozumiałe, rynki światowe nie są wcale aż tak bardzo niezgłębione, jakby się wydawało.
Jaka jest Pana filozofia jako wydawcy i redaktora naczelnego? Promocja głównie rodzimych autorów?
Na niemal siedemset tekstów literackich, jakie pojawiły się w "Science Fiction" i w SFFH (skrót od nazwy "Science Fiction, Fantasy i Horror" pod jaką ukazuje się miesięcznik po zmianie wydawcy - przypis red.), tylko kilkanaście było zagranicznych. Taka była linia pisma od samego początku. Ostra i zdecydowana promocja polskich autorów, którzy przez kilka lat byli spychani na margines. Dość powiedzieć, że w roku poprzedzającym ukazanie się "Science Fiction" w sumie opublikowano ok. 60 utworów literackich, zarówno powieści, jak i opowiadań. Dzisiaj średnio jest to 350 tekstów. Samo pismo prezentuje rocznie więcej opowiadań, niż było wydawanych np. w latach 1998 czy 1999. Z czasem zaproponowałem autorom, aby promując swoje nowe książki, nie dawali wybranych fragmentów, tylko tworzyli osobne opowiadania dziejące się w ich świecie, albo przedstawiające bohaterów. Tym sposobem czytelnik mógł wejść w uniwersum powieści, albo zbioru opowiadań, nie płacąc dwa razy za to samo. Inna sprawa z remasterowanymi wersjami - tak to w slangu filmowym nazywam. To pomysł przeniesiony żywcem z tamtej branży (vide wersje reżyserskie starych filmów). Idea ta narodziła się kilka lat temu, kiedy odkopałem własne tłumaczenie "Fundacji" Asimova (z roku 1982), pamiętałem, że w tej znakomitej książce było wiele anachronizmów - np. bohater nagrywał swoje raporty na magnetofonie szpulowym. To drobne detale, ale jest ich wiele, co sprawia, że niektóre teksty publikowane dzisiaj, po prostu śmieszą.
Ile tytułów książkowych zostało wydanych przez katowicki ARES - pierwszego wydawcę miesięcznika "Science Fiction"? Tak zwana "Żółta seria", kapitalny komiks Samojlika o Wiedźmunie (parodii Wiedźmina)...
"Żółta Seria" to w sumie osiem książek i wspomniany komiks. Inicjatywa niestety rozbiła się o strukturę rynku księgarskiego. Będę boleśnie szczery, dla niewielkiego wydawcy omijanie hurtowni jest samobójcze. Co zważywszy fakt, że współpraca z nimi także może być gwoździem do trumny nie nastraja różowo. Ale takie są koszty wolnego rynku, wygrywają silniejsi i to właśnie obserwujemy - dominację dużych wydawnictw.
Przyznawana od 2004 roku Nagroda Nautilus - proszę o garść refleksji na temat tego plebiscytu, który świetnie chyba konsoliduje czytelników Pańskiego pisma i aktywnych, internetowych forumowiczów SFFH.
Cóż, dużo by mówić, ale chyba nie do końca zgodzę się z tezą zawartą w tym pytaniu. Nautilus miał być w założeniu nagrodą udowadniającą środowisku fanowskiemu, że można wyjść z procedurami do szerokiego odbiorcy. I to się udało w stu procentach. Natomiast jedynym słabym ogniwem w tym łańcuchu okazały się fora internetowe, które, nie czarujmy się, nie wykazały najmniejszego zainteresowania tematem. Dzięki istnieniu Nautilusa możemy dzisiaj obserwować gołym okiem jak wielkie różnice występują w zależności od uformowania grona głosującego.
Wydana niedawno w Polsce powieść tureckiego noblisty Orhana Pamuka pt. "Nazywam się Czerwień" w dużym stopniu traktuje o istocie sztuki i twórczości. Jaka jest Pana filozofia sztuki jako twórcy, jako autora-prozaika?
Tutaj zapewne zaskoczę wielu czytelników. Moja filozofia jest prosta. Aby wychować kolejne pokolenia czytające ze zrozumieniem, należy rozpoczynać edukację od tekstów prostych, zarażać młodych ludzi bakcylem czytania, który odciągnie ich od coraz to doskonalszej rozrywki interaktywnej, która moim zdaniem będzie coraz mocniej dominować w walce o rząd dusz z każdym kolejnym pokoleniem. SFFH jest narzędziem, które ma przyciągnąć takich właśnie ludzi do półek z książkami. Publikujemy masę utworów, w chwili obecnej dobijam siedemsetnego tekstu, który pojawił się drukiem w moim piśmie, co oznacza, że w niespełna siedem lat przebiłem ilościowo nawet ofertę "Fantastyki" i "Nowej Fantastyki" razem wziętych. W tej masie jest bardzo duża ilość tekstów debiutanckich, czasem słabych, ale jest to przemyślana strategia pokazująca młodym czytelnikom, że granica pomiędzy twórcą, a odbiorcą jest w zasięgu ręki. I wielu może ją przekroczyć, choć tylko nieliczni mogą za nią pozostać dłużej.
Śląsk i śląskość - czym są dla Pana? W Katowicach mieszka Pan bodajże od 1986 roku, pochodzi Pan z Wrocławia - ma Pan więc możliwość wypowiedzenia się na temat zarówno Dolnego, jak i Górnego Śląska? Zapytam lekko prowokacyjnie: górnośląskość to tylko "familoki i hasioki", jak to się często stereotypowo przedstawia, czy jednak coś więcej?
Trudno mi się wypowiadać na ten temat. Pochodzę wprawdzie z Wrocławia, w którym się urodziłem, a połowę życia spędziłem na Śląsku, mieszkając w Bytomiu i Katowicach, ale jestem pierwszym pokoleniem w mojej rodzinie, które może o sobie powiedzieć, że jest stąd właśnie. Moja mama urodziła się we Francji, w rodzinie emigrantów, którzy powrócili do Polski zaraz po wojnie. Ojciec pochodził z rodziny ukraińsko-austiackiej, mieszkającej do wojny w Warszawie. W zasadzie gdzie bym nie spojrzał, tam mam jakieś korzenie. Także tutaj, na Śląsku, skąd na początku XX wieku rodziny moich dziadków wyruszały za chlebem na dalekie południe Francji. Śląsk z pewnością nie jest krainą familoków i hasioków. W chwili, kiedy rozgorzała dyskusja na temat narodowości śląskiej byłem całym sercem za ludźmi, którzy ją głosili. Żyjąc tutaj tak wiele lat zauważam pewną odmienność kulturową Ślązaków, którzy, podobnie jak Kaszubi, powinni mieć sporą autonomię, nie polityczną czy administracyjną, ale właśnie społeczną. Wychowując się we Wrocławiu, mieście wielu kultur, mieście wolnym i otwartym, o długiej historii, w czasie której należało ono do różnych państw, nasiąknąłem raczej liberalnym podejściem do tych spraw.
--------
Tagi:
Kultura i dziedzictwo |
science fiction |
Robert J. Szmidt |
prasa |
fantastyka |
śląskość |
Dodaj swój komentarz do tego artykułu.
dLgxgVYZ
I actually found this more enetrtiianng than James Joyce.
LctNNvLut
IclleA psejcmamsmyc
KNbFRZlyf
MNCqon , [url=http://ntnhfeietyyx.com/]ntnhfeietyyx[/url], [link=http://icjwqihdzuwg.com/]icjwqihdzuwg[/link], http://lnkmbqywzoxa.com/
hrsXuGReRKkgFJHZe
XY8W5U yczdsjkgptem
cfGHlZtqDkqBEh
AGd38p , [url=http://sdmmupldyejd.com/]sdmmupldyejd[/url], [link=http://ekmzypiqdtgw.com/]ekmzypiqdtgw[/link], http://fkndpvjtxhnt.com/