Historia
Górnoślązak w mundurze SS
4 czerwca 2009
0

SSHistoria Śląska to nie tylko dzieje dynamicznie rozwijającego się przemysłu oraz wybitnych mieszkańców, to także dramatyczne wybory i chwile, o których wielu chciałoby zapomnieć. Nierzadko w ich tle znajduje się złowrogi symbol swastyki, nazywanej u nas ?hakenkrojcem?. Publikujemy rozmowę z Górnoślązakiem, byłym żołnierzem Waffen-SS.

Po zajęciu we wrześniu 1939 roku przez III Rzeszę wschodnich części Górnego Śląska, cały region został oficjalnie wcielony do Niemiec z wszystkimi tego konsekwencjami dla jego mieszkańców. Jedną z nich była weryfikacja narodowościowa, w wyniku której ponad 90 procent Górnoślązaków zadeklarowało narodowość niemiecką, obligatoryjnie stając się obywatelami III Rzeszy. Obywatelstwo niemieckie dawało Ślązakom wiele przywilejów ale niosło też ze sobą obowiązek służby wojskowej, tym bardziej uciążliwy, że wojna nabierała tempa. Pobór wojskowy rozpoczął się już w marcu 1940 roku i trwał do końca wojny. Szacuje się, że z terenów historycznego Górnego Śląska zostało zmobilizowanych, a następnie wysłanych na front 300 tysięcy Ślązaków, spośród których 100 tysięcy już nigdy nie wróciło do swoich rodzin. Przez cały okres trwania Polskiej Rzeczpospolitej Ludowej był to temat drażliwy i najchętniej przemilczany gdyż nijak nie pasował do ogólnonarodowej martyrologii. Dzisiaj, kiedy mamy zupełnie odmienną sytuację społeczno-polityczną, ten temat jest otwarty i pisze się sporo, ale w sposób schematyczny ukazując Ślązaka w mundurze Wehrmachtu jako człowieka nijakiego, bezbarwnego, skrajnego koniunkturalistę chętnie przystającego do tych, którzy akurat zwyciężają. Tak spreparowany obraz szczególnie odpowiada tzw. „środowiskom patriotycznym”, które uzurpują sobie wyłączne prawo do miana prawdziwych żołnierzy, głosząc złośliwie, że Ślązacy od zawsze byli tylko ciemną masą nadającą się wyłącznie do roboty, a tacy ludzie w zasadzie nie rozumieją, co się wokół nich dzieje i przez to nie są zdolni do poświęceń.

Chciałbym tu zacytować słowa jednego z żołnierzy niemieckich, który w swojej książce tak opisuje swój kontakt ze Ślązakami: ??odwaga naszych śląskich kolegów, ich dzielność i ofiarność bardzo szybko sprawiły, że każdy z nas lepiej się czuł, mając na froncie jednego z nich obok siebie. Teraz wszyscy już nie żyją ? i Niemcy i Ślązacy. Zginął cały batalion, wystrzelany przez Armię Czerwoną w kotle pod Budapesztem podczas strasznej bitwy w styczniu 1945 roku??. Ten cytat i 100 tysięcy poległych dobitnie świadczą, że indyferentyzm Ślązaków jako żołnierzy w II wojnie światowej to co najmniej kłamliwy dogmat ukuty przez lokalne środowiska propolskich nadgorliwców. Burząc ten kłamliwy dogmat chciałbym na łamach tej gazety rozpocząć cykl wywiadów ze Ślązakami, którzy, mimo że walczyli po stronie przegranych, do końca pozostali wierni żołnierskim zasadom takim jak wierność, poświęcenie i koleżeńskość.

Józef?Seep, rocznik 1928, okręg rybnicki, rodzina: dwóch braci i dwie siostry, ojciec: górnik, kombatant wielkiej wojny światowej. Od 24 lat mieszka w Niemczech.

– Proszę powiedzieć jak rozpoczęła się Pana przygoda z wojskiem.

– Póżną wiosną 1944 roku w Hucie Silesia, w której pracowałem odbyło się spotkanie wszystkich przedpoborowych z wysokim oficerem Wehrmachtu, który opowiadał zebranym o służbie wojskowej i aktualnej sytuacji na froncie i muszę powiedzieć, że robił to bardzo umiejętnie. Na zakończenie spotkania poprosił wszystkich, aby napisali w jakiej formacji chcieliby służyć po osiągnięciu wieku poborowego. Koledzy pisali różnie, według własnej fantazji, ja jako jedyny napisałem, że w Waffen SS. Dziś już dokładnie nie pamiętam, ale minęły jakieś dwa tygodnie kiedy dostałem wezwanie do Wojskowej Komendy Uzupełnień w Gliwicach. Wtedy o mojej decyzji musiałem powiedzieć ojcu, co miało opłakane następstwa, oczywiście dla mnie. Następnego dnia, kiedy dotarliśmy do Komendy ojciec próbował przed oficerem dyżurnym wytłumaczyć moją decyzje młodym wiekiem i przekonywać, że należy ją anulować. Wtedy ten oficer zapytał ojca ile syn ma lat. Gdy usłyszał, odpowiedział: „do 14 roku życia był pod waszą komendą, teraz przechodzi pod naszą”. Ojciec odjechał do domu, a ja zostałem.

– Z tego wynika, że wstępował Pan do SS jako ochotnik.

– Zgadza się, przecież byłem jeszcze przedpoborowym. Zaraz pierwszego dnia musiałem wypełniać różne papiery, na których składałem wielokrotne podpisy, że się zgadzam. Potem miałem spotkanie z takim młodym oficerem SS z bliznami na twarzy, który mi zasugerował SS-Hitlerjugend, podkreślając elitarny charakter tej jednostki na co się zgodziłem. Gdy zaprowadzono mnie na salę, która przypominała gimnastyczną, pełną bardzo młodych chłopców – aż się przestraszyłem. Tam nas badali lekarze, gdy przyszła kolej na mnie, zapytał półgłosem czy chcę iść do wojska, a ja kiwnąłem głową, wtedy wpisał mi – „zdolny”.

– Gdzie i jak odbywało się szkolenie?

– Gdy cała procedura związana z zaciągiem została zakończona, porozsyłano nas do różnych ośrodków szkoleniowych, mnie skierowano do Nysy. Miasta nawet nie miałem okazji zobaczyć, od razu były koszary i ostre szkolenie. Trudna sytuacja na frontach powodowała, że nikt tam nie bawił się z regulaminami czy musztrą, tylko od razu zajęcia bardzo zbliżone do bojowych z bronią i ostrą amunicją. Wszystkie ćwiczenia przeprowadzali z nami byli frontowcy, co było widać po szramach, które mieli na całym ciele i to od nich można było usłyszeć wiele praktycznych porad. Zostałem wytypowany na kierowcę motocykla i udało mi się zdobyć prawo jazdy. Motor był nowy i mocny, marki BMW. Wszystkie posiłki spożywaliśmy razem z oficerami i wszyscy jedli to samo. Pobyt w koszarach wspominam dobrze, bo wszyscy wszystkim pomagali i doradzali. Dokładnej daty wyjazdu na front już nie pamiętam, ale pamiętam zakończenie, kiedy ustawili nas na placu apelowym w czworoboki i przemawiał jakiś Gauleiter.

– A jak było z tym chrztem bojowym?

– Wtedy jeszcze nie wiedziałem, że jednostki Waffen SS były traktowane jak straż pożarna i kierowane na najbardziej zagrożone odcinki, a tych już było wtedy sporo. Nasz batalion został skierowany jako wsparcie gdzieś w okolice Warszawy, miasta nie widziałem, ale musiało być niedaleko, bo co jakiś czas wiatr przyganiał słodkawy zapach spalenizny. Po przybyciu na front okazało się, że niedaleko od naszych stanowisk przedarły się czerwone czołgi i nasze zadanie polegało na zatrzymaniu ich piechoty, która szła za tymi czołgami, bo na te czołgi już czekały nasze tigry. To się nam udało, ale straty były wysokie, pierwszy raz w życiu zobaczyłem od razu tylu zabitych, rannych czy popalonych, którzy wyglądali jak ?krupnioki? leżące wokół rozbitych czołgów.

– Po drugiej stronie było też Wojsko Polskie, wiedział Pan o tym? A może doszło do jakichś starć?

– To może nie było aż tak ważne, na głowie miało się dużo ważniejsze sprawy, do starć by na pewno doszło, ale zostaliśmy zluzowani. Ale przypominam sobie, że kiedyś posłano po mnie, żebym natychmiast stawił się u dowódcy, byłem zdziwiony tym nagłym wezwaniem ale okazało się, że mam być za tłumacza bo akurat złapano trzech polskich żołnierzy, a stary tłumacz jest kontuzjowany. Muszę powiedzieć, że ci żołnierze wyglądali co najwyżej nieciekawie w tych drelichach i owijaczach na nogach i wszyscy trzej byli mokrzy do połowy, co było wynikiem przechodzenia przez rzekę. Po przesłuchaniu nasz dowódca zapytał ich dlaczego się tak trzęsą, czy z zimna, albo się tak boją, a jeden z nich odpowiedział: trochę z zimna, a przede wszystkim, że się was obawiamy, bo przecież wy jesteście SS. Wszyscy zaczęli się śmiać, a dowódca powiedział: „dobrze, że się nas boicie, ale trząść się nie musicie.” Gdy ich wyprowadzano, jeden z nich powiedział: „dajcie zapalić, nie pamiętam już kto, ale ktoś rzucił całą paczkę papierosów”.

– A były jakieś rozstrzeliwania?

– Nigdy nie widziałem ani o czymś takim nie słyszałem.

– Z tego co wiem, wasz batalion cały czas był poza swoją jednostką macierzystą. Kiedy i w jakim czasie doszło połączenia z resztą dywizji?

– Faktycznie, tak było, ale cóż, Naczelne Dowództwo lepiej się orientowało gdzie akurat jesteśmy bardziej potrzebni. Miesiąca dokładnie nie pamiętam, ale musiał być początek zimy, bo dostaliśmy odzież zimową, bardzo ciepłe dwustronne kurtki, z jednej strony białe a z drugiej w groszki, co miało się okazać bardzo praktyczne. Wszyscy też dostali „tasz-lampy” na baterie, co było wtedy nowością. Tak ciepło ubrani pojechaliśmy na Węgry, gdzie „doszlusowaliśmy” do naszej dywizji, która już od jakiegoś czasu brała tam udział w ciężkich walkach. W tym czasie Budapeszt był okrążony, a w nim coś koło 50 tys. naszego wojska i trwające przygotowania do uwolnienia okrążonych wojsk. Nasza dywizja też miała w tym brać udział.

– Operacja odblokowywania Budapesztu była przedsięwzięciem na bardzo wielką skalę. Jak Pan to wtedy postrzegał?

– Przede wszystkim był wielki ruch, przemieszczały się całe kolumny czołgów, samochodów i jeszcze różnego sprzętu, wszystko to działo się nocą, żeby nie być wykrytym. No, a my, szeregowe wojsko, szykowaliśmy pozycje obronne na wypadek niepowodzenia. Gdy to odblokowywanie się zaczęło, a nasze tigry królewskie ruszyły, szły jak fala morska, my za nimi na transporterach, a za nami pełno popalonych czołgów sowieckich. Ale to trwało najwyżej parę dni, przewaga przeciwnika była miażdżąca, a nam zaczęło wszystkiego brakować i w końcu zostaliśmy zatrzymani, bo czołgi zostały bez paliwa i trzeba je było niszczyć, co widziałem na własne oczy. W końcu Budapeszt się poddał, a my wycofaliśmy się na pozycje obronne.

– Wspominał Pan również o jakimś odznaczeniu…

– To już było po Budapeszcie, kiedy wraz z dwoma kolegami zostaliśmy wyznaczeni do obsady posterunku niedaleko jakiejś rzeki. Pojechaliśmy tam na moim motorze, który załadowaliśmy naszym sprzętem. Ten posterunek to był dość głęboki okop, jakieś 500 metrów od rzeki, po której przeciwnej stronie byli Sowieci. Nasze zadanie polegało na ostrzeliwaniu ich, gdyby się im zachciało wychodzić ze swoich transzei. Tak też się działo, dwóch odpoczywało, a jeden obserwował przez lornetkę. Gdy zauważył, że nieprzyjaciel wykonuje jakieś ruchy, dawał sygnał, a myśmy puszczali ze dwie serie z Mg42, oni się chowali i wszystko zaczynało się od początku. Tak było jakieś dwa dni, na trzeci dzień zaczęli walić do nas z „granat-werfla” tak, że prawie ogłuchłem i oczy mi ziemią zaprószyło, a moi obydwaj towarzysze zostali ranni w nogi tak, że nie mogli chodzić. Jak się ściemniło to najpierw jednego, a potem drugiego wlokłem na plecach do miejsca, gdzie był motocykl, a to było jakieś 300 metrów. Gdy już ich ulokowałem na motocyklu, usłyszałem huczenie motorów – to akurat Rosjanie zaczęli forsować rzekę i dużo nie brakowało, a nakryli by nas. Jak już zacząłem gnać z powrotem, obawiałem się tylko, by nie zabłądzić, ale szczęśliwie dotarłem do naszych stanowisk. Z tego, co wiem, to wyzdrowieli, a mnie dali medal.

– A kiedy przeżył Pan największe chwile grozy?

– Bać, to się bałem wiele razy. Groza była wtedy jak do wsi, w której czekaliśmy na nasze czołgi (a było nas nie więcej jak dziesięciu) zamiast naszych tigrów wjechały czołgi radzieckie z piechotą na pancerzach. Ledwo zdążyliśmy się ukryć w piwnicy jakiegoś domu, a tam już wpadła drużyna Sowietów i zaczęła się gościć nad nami. Gościna trwała około 2 godzin, zanim odjechali. Zaraz po wyjściu wypiliśmy mnóstwo wina, które zostało po Sowietach i z tego przeżycia nawet się nie upiłem.

– A jak się zakończyła dla Pana ta kampania?

– Koniec mojej kampanii był zarazem końcem wojny. Od marca byliśmy praktycznie w ciągłym odwrocie w kierunku zachodnim, a więc Austrii. Ale chciałbym zaznaczyć, że ten odwrót to nie była ucieczka, ale ciągłe starcia, tyle tylko, że nieprzyjaciel miał już całkowitą przewagę nad nami. Pomimo tak katastrofalnej sytuacji duch bojowy nie był najgorszy. Prawdą jest, że ten duch w dużym stopniu zależał od wina węgierskiego, które było konsumowane w olbrzymich ilościach. Finał nastąpił na styku Austrii i Węgier, kiedy podjechał do nas jeep sowiecki z ogromną białą płachtą i przekazano komunikat o kapitulacji. Potem była niewola i dwa lata pobytu w Karagandzie. Ale to już jest zupełnie inna historia.

– Chciałbym jeszcze na zakończenie zapytać Pana o tą domniemaną łatwość Ślązaków oddawania się w niewolę?

– Nie chcę się wypowiadać za wszystkich, ale mogę odpowiedzieć za siebie i moich kolegów z Waffen SS-Hitlerjugend. Nie widziałem, ani nie słyszałem o takich przypadkach.

– Dziękuję za rozmowę.

Comments

comments