Publicystyka
Gorol. Co oznacza to słowo?
6 września 2009
0

Narodziny górnośląskiego przemysłu przyniosły spore zmiany w dotychczasowym życiu Ślązaków. W celu zapewnienia siły roboczej dla licznie powstających kopalń i hut, zreformowano „odwieczne” niemal prawa rządzące wzajemnymi relacjami właścicieli ziemskich z mieszkańcami. W uproszczeniu można powiedzieć, że ci drudzy zyskali swobodę wyboru miejsca zamieszkania, ożenku czy rodzaju wykonywanej pracy. Chodziło o umożliwienie przekształcenia się dawnej warstwy chłopów w robotników najemnych.

Już w średniowieczu, jako fachowców od przemysłu, osiedlano tutaj doświadczonych pod tym względem Niemców, Belgów, Szkotów oraz przedstawicieli innych nacji. Ślązacy prędko i chętnie uczyli się nowych umiejętności. Z biegiem lat ta swoista mieszanina wielu współistniejących kultur ewoluowała do znanych nam dziś pojęć Śląska i Ślązaka.

Przemysł rozkwitał, produkcja rosła, zapotrzebowanie na siłę roboczą zaczęło przekraczać możliwości prokreacyjne Ślązaków. Dzięki temu, że przemysłowcy budowali familoki, kościoły, szkoły i szpitale, na Śląsk zaczęły napływać fale „nowej” ludności. Dość licznie początkowo przybywali tutaj górale z Beskidów i Podhala. Ich śpiewna mowa wyraźnie ich odróżniała od miejscowych. Ślązacy nazywali tych przybyszów wspólnym określeniem „gorol”. Było to określenie stricte geograficzno-lingwistyczne. Gorol to Polak, osoba mówiąca językiem innym niż śląski, mająca swoje rodowe korzenie poza Śląskiem.

Po odrodzeniu Polski, a jeszcze bardziej po II wojnie światowej, śląskie bogactwa naturalne zaczęto eksploatować na znacznie większą skalę. Oczywiście znacznie też zdynamizowano proces zwiększania gęstości zaludnienia. Na Śląsk ściągano nowych mieszkańców z całej Polski. Z biegiem lat słowo „gorol”, dotyczące początkowo przybysza z gór, przylgnęło do ogółu mówiących inaczej, niż po śląsku.

Niestety, zaistniało także nowe zjawisko. Ludzi kwaterowano niemal „hurtem” w robotniczych hotelach. Bez, tak wiele znaczących dla rdzennego Ślązaka, rodzin, bez typowych, przydomowych zajęć, spędzali czas na oddawaniu się „niecnym” rozrywkom, nieraz suto zakrapianym alkoholem. Młodzieńcza fantazja, alkohol, przekonanie o wyższości nad „ciemnymi Ślązakami” sprawiły, że słowo „gorol” zyskało nowe, tym razem negatywne znaczenie. I tak pozostawało bardzo długo.

W życiu codziennym jednak, po kontekście zdania czy rozmowy, można rozróżnić, czy chodzi o gorola w sensie określenia bardziej pierwotnego, czy o gorola w sensie negatywnym – tych drugich jest już na szczęście coraz mniej. Bo, tak jak przed wiekami, śląska kultura i obyczajowość potrafią stawać się częścią życia „nowych” mieszkańców. Oni sami także potrafią dawać na to liczne dowody – a dla Ślązaka każdy przybysz jego ziemię kochający, szanujący ją i nasze zwyczaje jest też Ślązakiem. Takim „naszym gorolem” – w pozytywnym tego określenia znaczeniu.

Niemal 50 lat temu na Śląsk przybył z Kielc Marek Wacław Judycki. Tutaj pobierał nauki, rozpoczął pracę w przemyśle węglowym. Czego się nauczył, co dobrego wyniósł też z rodzinnych stron – przekazywał następnym pokoleniom jako nauczyciel w górniczych szkołach. Po latach doczekał emerytury. Ale nie oddał się „szlachetnemu nicnierobieniu”. Obdarzony cennymi umiejętnościami, zaczął zapełniać swój czas tworzeniem. A tworzy niemało. Wykorzystując pióro i życiowe doświadczenia pisze opowiadania i felietony, dzięki wrodzonemu poczuciu humoru tworzy fraszki i satyry, a jako człowiek „otrzaskany” z poezją pisze również wiersze. Sam też chętnie je recytuje, a nawet śpiewa!

Czytanie wielu już książek staje się czytelnikom bardziej przyjemnym, właśnie dzięki pracy Marka Judyckiego. Bowiem ten dość wszechstronny artysta pięknie rysuje. Jego ilustracje i grafiki ozdobiły na przykład wydaną ostatnio książkę „wice-Ślązaczki Roku” Anieli Stanisławskiej, pod tytułem „Opowieści białej sowy”, traktującej o legendach z Kochłowic.

Innymi z pasji Marka są heraldyka, historia, barwa i broń. Stworzył cykl ilustracji, które z tekstem Jerzego Sperki wydano pod tytułem „Ilustrowane dzieje Polski 966-1795”. Spośród jego prac wymienię jeszcze kolekcje herbów szlachty śląskiej, serie strojów ludowych, poczet diabłów herbowych, czy też barwne obrazki rudzkich kamienic mieszczańskich z uwidocznieniem ich unikatowej ornamentyki. Rudzkich – bo Marek Judycki mieszka w Halembie.

Sam mówi o sobie, że jest „scyzorykiem” – czyli kielczaninem z urodzenia. Bo z wyboru, co potrafił pięknie udowodnić, jest Ślązakiem. Tak dla odprężenia, czasem rysuje karykatury swoich znajomych, przyjaciół, czy znanych osobistości „ze świecznika”. Nie są to jednak typowe dzieła, określane potocznie właśnie mianem karykatur. To prace, w których stara się pokazać osobowość i dobre strony portretowanego człowieka. Nie bazują one bowiem na deformowaniu cech anatomicznych ludzkich twarzy i postur. Na próżno szukać w nich szyderstwa, uszczypliwości czy rubaszności. Dlatego autor sam nazywa je po prostu „konterfektami”.

5 sierpnia w Muzeum Miejskim w Rudzie Śląskiej otwarto wystawę pod nazwą „Konterfekty życzliwe, czyli karykatury Rudzian (i nie tylko) z teki Marka Wacława Judyckiego”. Licznie przybyli na otwarcie wystawy goście mogli posłuchać jego przemowy, a nawet poznać piosenkę we własnym wykonaniu aktora. Akompaniował mu przy tym na fortepianie jego dawny uczeń, Damian Stanek. Dyrektor muzeum, Bernard Szczech chciałby pokazać znacznie więcej z ogromnego dorobku Marka – niestety szczupłość miejsca pozwoliła na wyeksponowanie w dwóch salach jedynie około 220 rysunków z owymi konterfektami. W kilku gablotkach można dostrzec okładki i ilustracje książek, które właśnie Marek ozdabiał swoim piórkiem. Wystawa potrwa do 10 września – warto odwiedziny rudzkiego muzeum umieścić w swoich planach.

Tak sobie myślę, że poszczególne nacje stanowiące obecny śląski naród, można porównać do drzew. Ślązak „rdzenny” to dąb. Mocny, wytrwały, niemal odwieczny. Jego nasiona padają blisko – z nich wyrasta dębowy zagajnik. Zaś z twardego, dębowego drewna powstają rzeczy trwałe, przez co bardzo cenione.

Gdzieś w oddali wyrosły piękne brzozy. Ich urodziwe pnie rosną szybko i licznie. Niesione za sprawą wiatru, ich nasiona padają nawet między dęby, gdzie wyrastają razem z nimi w znakomitej symbiozie. Razem tworzą las. Dęby dają poczucie pewności i siły, zaś do brzozy warto się nawet przytulać – potrafi przekazywać ludziom jony pozytywnej energii, co potwierdzają dendrolodzy.

W czasie mroźnej zimy chętnie grzejemy się przy kominkach. Drewno dębowe daje dużo ciepła, spala się powoli i majestatycznie. Ale wystarczy dołożyć brzozowe polano, by ogień zaczął wesoło buzować, oprócz ciepła cieszy nas wtedy przyjemny widok wesołych ogników.

I taki właśnie jest Marek Judycki. Zapuścił tutaj korzenie, razem z nami tworzy ten „śląski las”. Dał się poznać jako ktoś wartościowy, niemal niezbędny. Po prostu, mówiąc tak między Ślązakami, to nasz gorol…

Comments

comments