Historia
Życiorys znaczony wstrząsami część 1
17 października 2013
0

Najlepszym przykładem wzajemnych oddziaływań tego typu może być najnowsza historia Górnego Śląska, gdzie tylko w ciągu ubiegłego wieku państwowość zmieniała się kilkakrotnie.

Dzisiaj, kiedy wiedzę o tamtych wydarzeniach pozyskujemy prawie wyłącznie na podstawie mniej lub bardziej miarodajnych dokumentów, które nie zawsze bywają obiektywne, to ktoś, kto był świadkiem tamtych burzliwych czasów i w jakiś sposób w nich uczestniczył, powinien zasługiwać na szczególne zainteresowanie, choćby tylko ze względu na świeżość przekazywanej wiedzy.

Jednym z nielicznych już dzisiaj źródeł tego typu informacji bezpośredniej jest pani Krystyna, która zgodziła się zaprezentować swój życiorys w kontekście tych wszystkich wydarzeń, jakich doświadczył nasz region i jego mieszkańcy. Oddajmy zatem głos pani Krystynie.

Jak mnie pan nazwał?

Źródło informacji bezpośredniej.

Więc, jako źródło informacji bezpośredniej, zgadzam się z tym, co pan powiedział, chociaż w okresie, kiedy to wszystko się działo, nie miałam za dużo czasu i chęci, żeby się nad tym wszystkim zastanawiać. Ale po latach przyszła wreszcie pora na refleksje. Wtedy też uświadomiłam sobie, że rok moich urodzin (1922) był dla części Górnego Ślą- ska czasem zmiany państwowości po awanturach, nie wiem, dlaczego nazwanych powstaniami. Następnie po siedemnastu latach względnej stabilizacji doświadczyliśmy kolejnej zmiany i staliśmy się obywatelami III Rzeszy. Po sześciu latach pojawiła się tutaj Armia Czerwona, a wraz z nią nowe państwo – Polska Ludowa i znów wszystko się zmieniło, tylko w bardziej restrykcyjny sposób. W 1989 roku odeszła Polska Ludowa, a nastała nowa, właściwie już nie wiem, która Polska i po raz czwarty wymienili mi paszport. I tak nie ruszając się z miejsca, aż pięciokrotnie w ciągu swojego życia zmieniłam obywatelstwo.

Proponuję, abyśmy rozpoczęli naszą rozmowę od początku pani drogi życiowej, która podobnie jak pani rodzina nie należała do tych standardowych.

Urodziłam się listopadzie 1922 roku jako dziewiąte dziecko Franciszki i Ludwika, po mnie przyszło na świat jeszcze czworo rodzeństwa, więc w sumie było nas wszystkich trzynaścioro – siedmiu chłopców i sześć dziewcząt, a jeśli jeszcze dodamy rodziców to piętnaścioro.

Mieszkaliśmy w Wirku (dzielnica Rudy Śląskiej) przy ulicy Poniatowskiego 14 w trzypiętrowej kamienicy. Nasze mieszkanie składało się z trzech pokoi i dużej kuchni. Oprócz nas w tym domu mieszkało jeszcze dwadzieścia siedem rodzin .

Dzisiaj pamiętam tylko nazwiska trzech z nich – policjantów Tlołki, Chroboka i Kawki. Wszyscy oni gdzieś przepadli w 1939 roku. Pewnie właśnie ze względu na ich zajęcie.

Rodzice byli rodowitymi Ślązakami – matka pochodziła z Katowic, a ojciec z Wirku. Był bardzo poczciwym i pracowitym człowiekiem. Pracował na kopalni jako elektryk i też na tej kopalni uległ śmiertelnemu wypadkowi w wieku 49 lat, zostawiając matkę z ośmiomiesięcznym dzieckiem i naszą pozostałą dwunastkę.

Śmierć ojca – jedynego żywiciela rodziny – zatrząsnęła naszą familią w posadach, ale paradoksalnie, nie finansowo.

Pomimo że zabrakło ojca, poziom naszego życia wcale się nie obniżył, wręcz przeciwnie, musiał się nawet podwyższyć, skoro matkę było stać na zatrudnienie służącej.

Dziś już nie jestem w stanie powiedzieć, który z rodziców był bardziej przewidujący, matka czy ojciec, ubezpieczając się w dość dobrym towarzystwie ubezpieczeniowym. Dzięki temu matka otrzymywała dwie renty, jedną wypadkową z kopalni, a drugą z towarzystwa ubezpieczeniowego, co w sumie dawało 720 zł i jak na ówczesne warunki (kiedy górnik zarabiał nieco ponad 200 zł) było sumą niebagatelną. Dlatego starszy brat mógł skończyć gimnazjum, a następnie pójść do klasztoru w Niepokalanowie, gdzie przebywał do czasu aż nie rozwiązali go naziści. Siostra również skończyła gimnazjum pedagogiczne i została nauczycielką języka niemieckiego w Gliwicach, co na ówczesnym polskim Górnym Śląsku nękanym 20-procentowym bezrobociem było luksusem.

Proszę jeszcze coś powiedzieć o matce, bo wnioskuję z pani opowieści, że musiała być doprawdy nietuzinkową kobietą.

Trudno mi dziś powiedzieć, jak bardzo nasza matka różniła się od większości ówczesnych żon czy matek. Żeby lepiej zrozumieć tę kobietę, należy najpierw dowiedzieć się, kim byli jej rodzice, a moi dziadkowie.

Moja matka, z domu God, urodziła się w 1886 roku w rodzinie kupców handlujących materiałami tekstylnymi, którzy mieli sklep przylegający do ich domu w Katowicach przy ulicy Andrzeja 10. Ojciec matki zmarł dość wcześnie i całe zarządzanie sklepem spadło na barki mojej babki, kobiety zaradnej i przedsiębiorczej, posiadającej rozległe kontakty w środowiskach katowickiej elity mieszczańskiej ówczesnych czasów. M. in. Była w bardzo bliskich stosunkach z żoną Korfantego, która wielokrotnie bywała w jej domu.

Aby być poważanym i zaliczanym do klasy mieszczańskiej, należało mieć co najmniej jedną służącą, a babka miała ich dwie – starsza Matylda służyła u niej 17 lat.

Oprócz matki, było jeszcze dwóch braci hulaków, pracujących jako kelnerzy, co wtedy było bardzo intratnym zajęciem, szczególnie kiedy restauracje gościły zamożnych klientów.

Dlatego dla kogoś, kto wywodził się z takiego środowiska, priorytetem było dobrze wyglądać i pokazywać się w wytwornym towarzystwie i eleganckich miejscach i z tego względu nasza matka więcej czasu poświęcała na życie towarzyskie niż na zajmowanie się domem.

Poza tym bardzo mnie dziwił jej ambiwalentny stosunek do spraw narodowościowych. Świetnie mówiła po niemiecku, nawet lepiej niż po polsku, ale uważała się za Polkę. Modliła się wyłącznie po polsku, zaś z nami i ojcem rozmawiała tylko po niemiecku, wysyłając młodsze dzieci do niemieckiej szkoły mniejszościowej.

Mnie z kolei wysłano do szkoły żeńskiej im. Królowej Jadwigi, po ukończeniu której kontynuowałam edukację u sióstr Boromeuszek. Z tego co się orientuję, Wirek przylegał bezpośrednio do granicy, co zapewne tworzyło specyficzny klimat tak charakterystyczny dla tego typu terenów. Szkoda, że nie ma tu któregoś z moich braci. Oni w tym temacie mogliby dużo więcej powiedzieć niż ja. Byłam wtedy młodą dziewczyną i takie sprawy jak szaber czy na wpół legalna robota po niemieckiej stronie jakoś mnie nie interesowały.

Wróćmy zatem do czasów pani młodości, poprzedzających wybuch ii wojny światowej.

Właśnie. Krótko przed wybuchem wojny napięcie wśród ludzi zaczęło gwałtownie rosnąć. Słyszałam i to wielokrotnie, jak mówiono o Freikorpsach i o tym, że będzie ewakuacja ludzi w głąb Polski. To, co przedtem było nie do pomyślenia, żeby na ulicy wzajemnie się obrażać na tle politycznonarodowościowym, krótko przed wojną nie należało do rzadkości.

Już od rana 1 września zaczęły bardzo nisko latać samoloty. Ktoś powiedział, że będą bombardować i strzelać do ludzi. Wtedy wszyscy lokatorzy naszego domu zeszli do piwnicy, która była bardzo obszerna i wszystkich z łatwością pomieściła. Gdy okazało się, że jest cicho i nikt nie bombarduje ani nie strzela, zdecydowaliśmy się na wyjście.

Nie wiem, który to był dzień, ale nie później niż 3 września przyszedł rozkaz, że wszyscy pocztowcy są ewakuowani razem z rodzinami w głąb Polski. Jeden z braci był właśnie pocztowcem i razem z nim ja, siostra i matka pojechaliśmy tramwajem do Chorzowa, a stamtąd pociągiem towarowym do Buzka w województwie kieleckim. Po przybyciu na miejsce okazało się, że wojska niemieckie wyprzedziły nasz transport i były już przed nami, co dalszą podróż na wschód czyniło bezpodstawną i ryzykowną.

Nie wiem, jak dziś, ale wtedy Buzko było małym miasteczkiem, które szybko się zapełniło uciekinierami. Obawialiśmy się trochę, że nas Ślązaków – chyba jedynych w tym mieście – mogą potraktować jak wrogów. Ludzie jednak odnosili się do nas całkiem życzliwie i nawet namawiali, żeby wyjść naprzeciw Niemcom, jak do swoich, co też matka uczyniła.

A jaka była reakcja Niemców?

Oficer niemiecki, który nas spotkał, najpierw zapytał, po co uciekaliśmy, a potem polecił, żeby się kierować do Olkusza, bo w Buzku był teren przyfrontowy, a on musiał wykonywać swoje obowiązki i nie miał za bardzo czasu nami się zajmować. W Olkuszu były już odpowiednie służby kwatermistrzowskie, które miały nam pomóc.

Dotarliśmy tam piechotą i po zameldowaniu się, chyba w jakimś sztabie, najpierw nas nakarmiono, a potem wynajętą przez wojsko furmanką, wysłano do domu. Ta cała nasza szalona ewakuacja trwała 14 dni, ale na nasze szczęście mieliśmy dokąd wracać, bo mieszkania nikt nie okradł i jakeśmy go zostawili, tak je zastaliśmy. Było nam trochę wstyd przed najstarszą siostrą, już mężatką, która zamiast uciekać z nami, wybrała się z dzieckiem w wózeczku na spacer i przypadkowo spotkała patrol niemiecki, którego dowódca poczęstował ją i dziecko czekoladą. Potem śmiejąc się z nas mówiła – „Wyście jak gupieloki uciekali przed Niymcami, a ôni jak szli, to z k?żdym g?dali po naszymu i jeszcze na dodatek, bajtl?m szokolady d?wali”.

Wybuch wojny, zmiana państwowości, dla części mieszkańców Górnego śląska były katastrofą , a dla innych wręcz przeciwnie. Jak pani to wszystko odbierała?

Dla mnie wydarzenia z września 1939 roku były tylko przejściem z jednego systemu społeczno-politycznego do drugiego. Bezrobocie, które było największą plagą czasów międzywojnia także na Górnym Śląsku znikło i zdecydowana większość miała pracę, co pozwalało z nadzieją patrzeć w przyszłość. Ja w żaden sposób nie gloryfikuję nazizmu, ale żyjąc w tym czasie w naszym regionie, wielu uważało te zmiany za dobre, bo przede wszystkim eliminowały biedę. Nikt nie zastanawiał się, co będzie potem.

Gdy skończyłam siedemnaście lat, od razu dostałam wezwanie do Urzędu Pracy, gdzie skierowano mnie do pracy w Bytomiu w charakterze opiekunki do dzieci. Po roku otrzymałam nową propozycję pracy w Niemczech, a dokładnie w Zele koło Hanoweru, jako szwaczka. Hanower, bardzo duże miasto, nowe środowisko, no i praca w dużych zakładach, gdzie szyliśmy spadochrony wojskowe z jedwabiu – to wszystko bardzo mi odpowiadało. Tym bardziej, że spotkałam tam mojego pierwszego narzeczonego – Jozefa Dlotko, który był Słowakiem i znalazł się w Hanowerze na podobnych zasadach co ja. Po roku mój narzeczony otrzymał nakaz pracy w Wiedniu, dokąd natychmiast musiał wyjechać. Jak przystało na szanującą się narzeczoną, zaczęłam się starać o przeniesienie do Wiednia, co bez większych problemów udało mi się zrealizować. Gdy przyjechałam do Wiednia, czekała już na mnie praca opiekunki do dzieci w rodzinie wywodzącej się z Niemców Sudeckich, gdzie była tylko kobieta, której mąż służył na froncie. Pracy było sporo, bo dzieci była trójka (w tym dwoje bliźniąt), ale za to nasze relacje układały się bardzo dobrze, dzięki czemu praca była mniej uciążliwa. Moi pracodawcy zaliczali się do ludzi zamożnych, mieli parę domów, w tym jeden na Kahlenbergu, miejscu niezwykle uroczym szczególnie latem, kiedy cała okolica była dosłownie oblepiona winiarniami i kawiarniami tonącymi w zieleni winorośli. Wynagrodzenie było więcej niż satysfakcjonujące, ale pieniędzy nie było gdzie wydawać, bo towary w sklepach skrupulatnie racjonowano, więc pozostały spacery i chodzenie do kawiarni, co robiłam w każdy czwartek, kiedy miałam dzień wolny. Wiedeń odebrałam jako miasto niezwykle urocze, ale pozbawione mężczyzn, którzy jeśli się już pojawiali to zawsze w mundurach.

Moja przygoda z tym miastem zakończyła się w momencie nagłego rozstania z moim narzeczonym, który otrzymał rozkaz natychmiastowego stawienia się w porcie wojennym Wilhelmshaffen, co jak podejrzewam było związane z jego nieprzychylnym stosunkiem do III Rzeszy, którego bynajmniej nie ukrywał. Kontakt listowy utrzymywaliśmy jeszcze do marca 1944 roku, do czasu, kiedy w wyniku nalotu samolotów alianckich, miasto i port zostały bardzo mocno zniszczone. Od tego momentu moje listy wracały z adnotacją „adresat nieznany”. Możliwe, że Józef Dlotko był jedną ze śmiertelnych ofiar tego bombardowania.

Do domu wróciłam w styczniu 1944 roku, chociaż wcale nie musiałam, bo moi pracodawcy chcieli, żebym została na stałe. Ale gdy otrzymałam wiadomość o śmierci matki, wiedziałam, że muszę wracać.

CDN

 Rozmawiał Marian Kulik

Tutaj dostępny jest ciąg dalszy rozmowy z panią Krystyną

Comments

comments