Historia
Życiorys naznaczony wstrząsami ? część 2
20 listopada 2013
0

Tutaj znajdziesz pierwszą część rozmowy z panią Krystyną

Na wiadomość o śmierci matki wróciła Pani do domu w styczniu 1944 roku. Przyjechała pani z Zachodu na Wschód w sytuacji, kiedy już było wiadomo, kto przegra tę wojnę, a informacje napływające na temat zwycięskiej Armii Czerwonej raczej nie napawały optymizmem.

Jeśli mam być szczera, nie interesowałam się za bardzo sytuacją na Ost-froncie, chociaż wojna towarzyszyła mi codziennie. wystarczyło wyjść na ulice pełne mundurowych, bardzo często kuśtykających o kulach. Tak było w całych ówczesnych Niemczech. Pomimo tego wszyscy mieli nadzieję, że katastrofy nie będzie, że Armia Czerwona zostanie zatrzymana gdzieś daleko na wschodzie. Poza tym miałam psychicznego kaca po rozstaniu się z narzeczonym. Ten nastrój mija mi najszybciej, gdy jestem wśród ludzi mi bliskich i stąd mój pęd do rodzinnego domu.

Po śmierci matki wiele spraw trzeba było uporządkować, z czego nawet się cieszyłam, bo to pozwoliło mi zapomnieć o swoich własnych troskach. Nie minął nawet tydzień od mojego powrotu, kiedy otrzymałam nowe skierowanie do pracy jako pomoc w domu burmistrza Kochłowic Hansa Sage, z pochodzenia Ślązaka rodem z Zabrza. Burmistrz, ze względu na pełnioną funkcję, mieszkał w dość obszernej willi z niewielkim basenem, mieszczącym się na zapleczu budynku, który służył głównie dzieciom burmistrza do zabawy.

Praca była moją ostatnią w czasie wojny. Mogłam wtedy na równi ze wszystkimi domownikami korzystać z uprzywilejowanej pozycji, jaką gwarantowała funkcja gospodarza domu. Prywatnie burmistrz był człowiekiem bardzo otwartym i najzwyklejszym ojcem rodziny, dzięki czemu w jego domu odczuwało się coś na wzór familiarnej wspólnoty.

Ale nadciągała burza, która na Górnym Śląsku miała wywrócić cały dotychczasowy porządek do góry nogami.

Nadciągała i to bardzo szybko. Najpierw było tylko słychać, jak dudni gdzieś na wschodzie, potem zaczęli się pojawiać cywilni uchodźcy, którzy przynosili ze sobą pierwsze porażające wieści. Burmistrz musiał zapewne posiadać swoje własne, bardziej wiarygodne informacje, bo żonę i dzieci już 15 stycznia wysłał na Zachód.

25 lub 26 stycznia zauważyłam, jak drogą pędzą więźniów, ubranych tylko w pasiaste pidżamy i drewniane chodaki. Widząc tę straszną kolumnę, pobiegłam do burmistrza, żeby mu o tym powiedzieć, ale on już stał w oknie i bez słowa patrzył na tych ludzi. Zauważyłam, że był blady jak ściana, a jego usta drżały ze strachu, a może zdenerwowania. Wcześnie rano dzień albo dwa potem burmistrz zawołał mnie do swego gabinetu mówiąc: „Zaraz będziemy się ewakuować”. Zaraz potem na moich oczach wyciągnął z szuflady biurka dwa rewolwery, które schował do kieszeni. Z drugiej szuflady wyjął małe pudełeczko z tabletkami cyjanku. Jedną wręczył mnie, a resztę włożył do swojego portfela ze słowami: „ Tak na wszelki wypadek. Gdyby nas dopadli ci Mongołowie, wtedy lepiej odejść bezboleśnie niż dać się zadręczyć czy poniżać”. Jeszcze tego samego dnia wieczorem wyruszyliśmy samochodem osobowym za ciężarówką, wiozącą rzeczy osobiste burmistrza w kierunku Żor, a potem do czeskiego Hulczyna, gdzie mieliśmy pierwszy postój.

Po krótkim pobycie w Hulczynie, gdzie jeszcze zjedliśmy normalną kolację w restauracji, wyruszyliśmy w dalszą drogę do Polanicy. Tam w domu wczasowym „Szarotka”, będącym własnością rodziny burmistrza, mieliśmy się zatrzymać. Nasz pobyt w Polanicy zaczął się jednak przedłużać i nic nie wskazywało na szybkie zmiany zwłaszcza, że zaczęli się tam zjeżdżać kolejni znajomi burmistrza, pełniący podobnie jak on, jakieś wysokie funkcje na Śląsku. Ci ludzie codziennie gorączkowo naradzali się co robić, dokąd wyjeżdżać, szczegółowo analizując przy tym sytuację na froncie, która z każdym dniem wyglądała coraz gorzej.

Zrozumiałam wtedy, że nie po drodze mi z tymi ludźmi, którzy mieli wiele do stracenia i wiele do zyskania. Ja chciałam tylko ocalić swoje życie, a potem cało wrócić do domu.

Bardzo szybko ustaliliśmy z kierowcą ciężarówki Olszokiem, że idziemy z powrotem na Śląsk, a przetoczenie się frontu, który miał lada moment ruszyć, postanowiliśmy przeczekać w Pielgrzymowicach, niewielkiej miejscowości nad granicą czeską w okolicach Cieszyna, gdzie mieszkała siostra Olszoka. Wędrując w kierunku Pielgrzymowic zauważyłam, że wszędzie tam, gdzie nie było wojska niemieckiego, robiło się bardzo niebezpiecznie, ponieważ sytuację tę wykorzystywały głównie elementy kryminogenne.

Po dotarciu na miejsce okazało się, że w domu, w którym mieliśmy przeczekać najgorsze, mieszkają już jacyś oficerowie. Ale udało nam się jakoś wszystkim pomieścić. Tam usłyszałam od oficerów, aby wycofywać się razem, bo tu może być bardzo nieciekawie.

I tak po paru dniach odpoczynku wyruszyłam z niemieckim wojskiem do Marklowic. Nie zdążyłam się jeszcze rozpakować, gdy przybiegł żołnierz i powiedział: „Chodź ze mną, bo w sztabie na gwałt potrzebują tłumacza”. Okazało się, że znaleziono cały plik dokumentów pisanych po polsku. Gdy je przetłumaczyłam, przyszedł wysokiej rangi generał, podał mi rękę i przedstawił się jako Ferdinand Schorner. Kiedy przeczytał moje tłumaczenie, aprobująco się uśmiechnął i powiedział: „Widzisz do czego doszło? Nawet nie mamy tłumacza, tylko musimy korzystać z usług cywilnych kobiet, którym nie mamy czym zapłacić. Ale przynajmniej dam ci to” i podał mi wojskową czekoladę Coca, która bardzo mi smakowała. Dopiero po latach dowiedziałam się, że tym oficerem był głównodowodzący wszystkich wojsk niemieckich w Czechach i na Śląsku w stopniu marszałka.

Krótko po tym wyruszyłam razem z wojskiem do Czech i pierwszym większym miastem, w którym się zatrzymaliśmy, był Frysztak, gdzie jeszcze z jedną uciekinierką z Rydułtów, zostałyśmy zakwaterowane u pani Dudek . Muszę zaznaczyć, że przez cały czas byłam pod opieką wojska, które gwarantowało nam wyżywienie i bezpieczeństwo. Nie pamiętam już, jak długo tam byliśmy. Którejś nocy do okna zapukał żołnierz niemiecki i głośno zawołał: „Czy są tu uciekinierki ze Śląska? Jeśli tak, niech zaraz ze mną idą, bo wyjeżdżamy do Kolina”.

Ale tu mam pewne wątpliwości, jeśli chodzi o Schornera, bo bądź co bądź, był to dowódca Grupy Armii, więc człowiek pełniący bardzo poważną funkcje, jedną z najwyższych w wojsku. Czy ktoś taki nie miał swojego stałego tłumacza?

Proszę nie zapominać, że był to już koniec kwietnia 1945 roku, a więc czas, kiedy Wehrmacht miał jeszcze przed sobą tylko kilka dni istnienia i stąd dezercja tłumacza oraz ogólne rozprężenie, które powszechnie się udzielało, bo każdy myślał, jak przeżyć, a potem uniknąć sowieckiej niewoli.

Pani też się jej obawiała, ale niestety dostała się Pani w ręce Rosjan i to na terenie Czech.

Nie tylko aresztowano mnie, ale także wielu uciekinierów z całego Śląska, którzy potraktowali Czechy, jako ostatnią wolną drogę ucieczki. Wracając do Kolina, kiedy tam dotarliśmy, okazało się, że jest już 9 maja. W takiej sytuacji, wojsko niemieckie zaczęło składać broń przed sowietami, którzy od razu zaczęli ich pakować do wagonów towarowych. Po upchaniu do pełna, natychmiast wysyłano je na wschód. Wszystko to działo się na naszych oczach, budząc w nas strach i grozę. O tym, jak Armia Czerwona wyglądała i jak się zachowywała, napisano i powiedziano już bardzo wiele. Dodam tylko, że dla każdego normalnego człowieka, wychowanego w kulturze europejskiej, ten zdziczały tłum wojaków, biegający jak oszalały w poszukiwaniu alkoholu i kobiet, wyglądał i zachowywał się jak banda brudnych mężczyzn o umyśle dziecka, których ktoś celowo zostawił bez opieki. Te „klony”, zamiast być trzymane z dala od cywilizacji, wykorzystały zamierzoną bezkarność i zaczęły wyczyniać potworne świństwa.

Przypominam sobie ogromne zamieszanie, wręcz anarchię. Bardzo łatwo można było zostać aresztowanym, pobitym czy nawet zabitym przez najprzeróżniejszych milicjantów i różnej maści bojowników, którzy w tajemniczy sposób uchowali się przed nazistami i wręcz rozmnożyli. Nie wiem, jak do tego doszło, ale pojawił się wysoki stopniem niemiecki oficer inwalida (bez ręki), który za przyzwoleniem Rosjan, zaczął organizować ewakuację do Niemiec wszystkich niemieckich cywili, jacy znaleźli się w Czechach.

Razem z ogromną rzeszą kobiet, dzieci i starców zostałam załadowana do pociągu, który powoli turlał się w kierunku Lipska. Podróż pociągiem ewakuacyjnym wcale nie była bezpieczna, gdyż co jakiś czas go zatrzymywano i pod pozorem kontroli, wchodzili do niego sowieccy żołnierze, pijani i rozwydrzeni bezkarnością. Wyławiali młode kobiety, które potem na oczach wszystkich, gromadnie gwałcili. Aby uchronić te, które mogły wzbudzić jakiekolwiek zainteresowanie czerwonoarmistów, kazano im kłaść się na podłogę. Następnie zakrywano je kocami i bagażami, sadzano na nie małe dzieci, które na widok żołnierzy przeraźliwe wrzeszczały, co ich bardzo irytowało i szybko wysiadali z takiego wagonu.

W Lipsku nasz transport został odebrany przez wojsko amerykańskie, którego oficerowie wyszli do zgromadzonego tłumu i oznajmili, że każdy może iść dokąd chce. Potem każdemu wydali nowe dokumenty, bo dotychczasowe przestały obowiązywać. Amerykanie, z którymi się zetknę- łam, sprawiali bardzo niekorzystne wrażenie – tacy rozmemłani, hałaśliwi z ustami pełnymi gumy do żucia, przez co gdy mówili, trudno było ich zrozumieć, a z kącików ust ciągle ciekła im ślina.

Jeszcze w pociągu, a potem w samym Lipsku, trafiłam na sporą grupę ludzi ze Śląska, konkretnie z Bielska, którzy po otrzymaniu dokumentów, podobnie jak ja, chcieli wracać do swoich rodzinnych stron. I tak ruszyliśmy pieszo na wschód, śpiąc po drodze w stodołach i jedząc, co nam dali dobrzy ludzie.

A gdzie i kiedy skończyła się ta wędrówka?

Po czternastu dniach marszu dotarliśmy do Kędzierzyna Koźla, a stamtąd do Chebzia. Dowiózł nas tam jakiś zwariowany niezapowiedziany i przepełniony do maximum pociąg towarowy. Zresztą na inny trudno wtedy było trafić.

Do domu wróciłam 17 czerwca 1945 roku w filcowych butach i długim aż do ziemi futrze, tak jak wyszłam z domu w styczniu. W nowej Polsce, podobnie jak za Niemca, wszyscy musieli pracować, z tą różnica, że teraz zaopatrzenie było beznadziejne. Po wojnie pracowałam w sklepie tekstylnym, którego właścicielem był Walter Moczygęba. Później poznałam mojego przyszłego męża, który był piekarzem i mieszkał w Dębieńsku, dokąd przeprowadziłam się w 1955 roku i gdzie do dzisiaj mieszkam.

Z tego co pani wspominała, rodzina męża, miała jakieś problemy z własnością domu i piekarni.

Na podstawie absurdalnego i niezweryfikowanego donosu pozbawiono go własności domu i piekarni. Cała historia zaczęła się w 1922 roku, kiedy to ojciec męża, którego rodzina pochodziła z Pruszkowa koło Opola kupił w Dębieńsku Wielkim dom, piekarnię, przylegające place i zaczął funkcjonować jako piekarz. Pech chciał, że w 1939 roku, kiedy Wehrmacht pojawił się w Dębieńsku, jednym z wkraczających żołnierzy był syn jego brata z Pruszkowa, który w towarzystwie swego oficera, poszedł przywitać się ze swoim wujem, a moim przyszłym teściem. To zdarzenie wydawać by się mogło banalne i bez znaczenia, ale tylko pozornie.

Minęło sześć lat i w 1945 roku na podstawie donosu trójki sąsiadów (ich nazwiska widnieją na wyroku sądowym, który przechowuje jako pamiątkę) oskarżono teścia o witanie okupanta hitlerowskiego i w efekcie skazano na dwa lata więzienia oraz konfiskatę majątku. Po odbyciu kary w więzieniach Raciborza i Mysłowic, pozwolono mu zamieszkać we własnym domu, ale tylko w charakterze lokatora, a później pracować na stanowisku robotnika we własnej piekarni, która została uspołeczniona i przeobrażona w spółdzielnię. Parę lat po śmierci teścia, mój mąż otrzymał propozycje kupna tego, co zostało wcześniej skonfiskowane. Na początku nie chciał o tym nawet słyszeć, bo jak twierdził, nie będzie kupować od złodziei własnego mienia, ale po moich naleganiach zgodził się i odkupił swoją własność, biorąc w tym celu wieloletni kredyt.

Takich przykładów bezprawnego działania było dużo więcej, ale najbardziej upokarzające były późniejsze propozycje odkupienia tego, czego się wcześniej dorobiłeś kosztem ciężkiej pracy. Dlatego gdy dzisiaj słyszę w mediach, jak bez przerwy kogoś za coś przepraszają, zastanawiam się, dlaczego nas Ślązaków jeszcze nikt nie przeprosił za krzywdy, które nam wyrządził PRL-owski reżim.

Proszę jeszcze powiedzieć, jak pani najbliżsi – bracia i siostry – wyszli z wojennej zawieruchy.

Myślę, że losy mojej rodziny nie różniły się za wiele od tego, czego doświadczyła większość mieszkańców Górnego Śląska. Moje siostry nie musiały błąkać się po świecie i w miarę bezpiecznie wszystko przeżyły na miejscu. Dopiero pod koniec wojny dwie wyjechały do Niemiec razem z wycofującym się Wehrmachtem. Natomiast pięciu braci, którzy byli w Wehrmachcie, mieli mniej szczęścia. Najmłodszy, Stanik, którego zmobilizowali na sam koniec wojny, został ranny i leżał w szpitalu w Pradze. 9 maja wpadli tam pijani sowieccy żołnierze i zaczęli wyrzucać rannych przez okna. Tych, którzy przeżyli, w tym i mojego brata, utopili w Wełtawie niedaleko szpitala. O tym strasznym zdarzeniu, dowiedziałam się od naocznego świadka. Drugi brat, Wendelin, najpierw został przez Niemców zamknięty na pół roku w Oświęcimiu za uchylanie się od pracy. Gdy wyszedł, ci sami Niemcy zmobilizowali go do Wehrmachtu i wysłali na Węgry, gdzie poległ w 1945 roku. Trzeci brat, Engelbert był na urlopie u swojej narzeczonej w Rybniku i już nie zdążył pojechać do swojej jednostki, bo został złapany przez sowietów w marcu 1945 roku i wysłany do Oświęcimia, skąd wrócił po sześciu miesiącach. Czwarty brat przyszedł do domu dzień po mnie, 17 czerwca 1945 roku, ale po paru miesiącach wyjechał do Niemiec. Piąty brat wrócił z frontu zdrów i cały, ale w latach siedemdziesiątych także wyjechał do Niemiec.

Dziękuję za bardzo ciekawą rozmowę.

 Rozmawiał Marian Kulik

Comments

comments