Zakaz handlu w niedzielę to dobry pomysł
16 listopada 2016
0

Choć temat zakazu handlu w niedzielę powraca do głównego nurtu polityki już od ładnych paru lat, to wciąż gorąco rozgrzewa on zarówno uczestników politycznej sceny jak i społeczeństwo. I wciąż brakuje w ramach tej tematyki merytorycznej dyskusji, a obie strony sporu korzystają z umiejętnie podsycanych emocji.

Dlatego też na wstępie wspomnę o dwóch założeniach, które determinują wszelkie rozważania na ten temat. Chodzi o to, że nie odnoszę się w ogóle do kwestii religijnych, tylko do społecznych i ekonomicznych. Zakładam również, że zakaz niedzielnego handlu będzie obejmował tylko handel stacjonarny i w toku prac legislacyjnych nie zostanie rozszerzony o inne branże, szczególnie o usługi.

W mediach przedstawiane są tylko dwa, przeciwstawne argumenty. Zwolennicy zakazu handlu w niedzielę zwracają uwagę, że niedziela jest dobrem wspólnym wszystkich, w tym również pracowników sklepów, więc dzień wolny również im się należy. Zwykle ta argumentacja okraszona jest wypowiedzią pracownika supermarketu bądź członka jego rodziny, w którym padają okraszone łzami słowa o tęsknocie za wspólnym spędzeniem wolnego czasu. Z kolei przeciwnicy zakazu handlu w niedzielę argumentują, że spowoduje to spadek obrotów sklepów, a więc firmy handlowe będą zmuszone zwalniać pracowników i ci, którzy dziś tak walczą o wolne niedziele, za chwilę mogą mieć wolne nie tylko niedziele ale i wszystkie pozostałe dni tygodnia. A przy okazji nie będą mieć za co wyżywić rodziny. Czy tak jest w istocie?

Wyniki badań prowadzonych przez portal Ceneo.pl wskazują, że często lub od czasu do czasu, zakupy w niedzielę wykonuje 80% społeczeństwa w Polsce. Wprawdzie wypowiedzi przedstawicieli sieci handlowych wskazują, że na Śląsku jest lepiej niż w innych regionach bo rzadziej dokonujemy niedzielnych zakupów niż np. mieszkańcy Warszawy, to jednak i tak jest to znacząca ilość. 43% badanych deklaruje, że niedzielne zakupy są koniecznością bo w tygodniu brakuje im czasu. Najczęściej odwiedzają w niedzielę sklepy spożywcze, w mniejszym stopniu odzieżowe, a najrzadziej perfumerie, księgarnie i sklepy dziecięce. Inne badanie zwraca uwagę na spodziewany spadek przychodów marketów budowlanych. Można jednak domniemywać, że chodzi o branżę wyposażenia wnętrz w tych marketach. Trudno bowiem wnioskować, że ktoś w niedzielę podjął decyzję o remoncie łazienki i właśnie w niedzielę dokonuje zakupów potrzebnych do tego remontu materiałów i – co za tym idzie – gdyby w niedzielę było zamknięte, remontu nie prowadziłby w ogóle. Taka sama zasada występuje w przypadku zakupów spożywczych. Więc w branży budowlanej nie należy spodziewać się spadku sprzedaży. Podobnie zresztą jak w branży spożywczej bo, choć ta branża jest najbardziej narażona na ustawowy zakaz handlu w niedzielę, to „jeść jednak trzeba” i – co za tym idzie – zakupy spożywcze trzeba zrobić bez względu na dostępność czasu. Wynika zatem, że głównymi poszkodowanymi przez zakaz niedzielnego handlu będą branża odzieżowa i wyposażenia wnętrz oraz, choć w mniejszym stopniu, inne branże gdzie decyzje o zakupie podejmowane są na podstawie chwili. Czy takie ubytki sprzedaży w niektórych branżach mogłyby się przełożyć na spowolnienie całej gospodarki? Oczywiście, że mogłyby. Więc rację mają wszyscy ci, którzy straszą zakazem handlu w niedzielę? Niekoniecznie. Niekoniecznie bo większość pomija zupełnie podobnych rozważaniach, celowo bądź przez nieuwagę, jeden dość istotny fakt.

Porównując wyniki innych badań (TNS OBOP) na temat niedzielnych zakupów z roku 2016 i 2004, zwraca uwagę przyrost osób, które te zakupy robią. W roku 2004 16% ankietowanych deklarowało, że niedzielne zakupy robi regularnie. Teraz jest to 21%. Z kolei odsetek osób, które nie robią zakupów w niedzielę nigdy, spadł z 30 do 22%. Wynika z tych badań też, że najczęściej sklepy w niedzielę odwiedzają osoby młode (20-29 lat), zamieszkujące duże miasta i preferujące zakupy w super i hipermarkecie. Są to więc osoby mobilne, które – w razie zakazu niedzielnego handlu – będą starały się jakoś wypełnić powstały w ten sposób „czas wolny”. A skoro zamknięte będą punkty handlowe, skierują się oni do punktów usługowych – gastronomii i branż rozrywkowych, pozwalających ciekawie spędzić wolny czas. Marże w branżach usługowych są o wiele wyższe niż w handlu. Usługi są bardziej pracochłonne więc ogółem potrzeba więcej pracowników niż w handlu. Usługa jest również wykonywana na miejscu, a nie – jak odzież czy inne towary – sprowadzana z Chin. Zatem zapłata jaką uiści klient w całości, bądź niemal w całości, pozostanie na miejscu. I z pewnością zostanie wykorzystana przez usługodawcę do zakupu innych dóbr. Czy to wystarczy na wypełnienie dziury powstałej w branżach odzieżowych czy wyposażenia wnętrz? Z pewnością nie na początku bo konsumenci muszą „się nauczyć” inaczej spędzać niedziele. Tak jak uczyli się przez ostatnie lata coraz częściej zaglądając do marketów. A gdy już się nauczą będą częściej odwiedzać historyczne centra miast. Te, które – dzięki rozbudowie sieci centr handlowych – przeżywają od kilkunastu lat swój kryzys. Więc może to jest szansa dla naszych miast, z których wielkie kompleksy handlowe wysysają coraz większą grupę klientów? Jeśli tak się stanie to nawet jeśli wpływy z usług nie zrekompensują spadku obrotów handlowych w branżach odzieżowych czy wyposażenia wnętrz, zyskiem całej operacji będzie powolne odrodzenie miast.

rafał_adamus_bio

 

Rafał Adamus

Comments

comments