Prawo wyboru
21 listopada 2016
0

Kiedy piszę te słowa, jest już jasne, że obywatelski projekt zaostrzający dotychczasowe prawo (anty)aborcyjne zostanie przez większość sejmową odrzucony.

Nie chcę tu zajmować stanowiska wobec problemu aborcji jako takiej – felieton zajmujący jedną trzecią strony w gazecie to stanowczo zbyt mało, by rozpatrzyć to zagadnienie w sposób korespondujący z jego rangą.

Zwrócę uwagę tylko na jedną kwestię. Otóż proaborcyjny czarny protest odbywał się w całej Polsce pod hasłami prawa wyboru, prawa do kontroli nad własnym ciałem itp. Te miłe sercu każdego sympatyka wolności frazy wygłaszały zarazem osoby, których przytłaczająca większość nie ma absolutnie nic przeciwko bezlikowi ograniczeń prawa do wyboru i własności swojego ciała, jakie już teraz obowiązują na terenie Rzeczypospolitej. Przymus ubezpieczeń, opodatkowania, państwowej edukacji i państwowej ewidencji, kontrola majątku i życia rodzinnego, zakazy picia, palenia i niezdrowego jedzenia – wszystko to nie budzi zastrzeżeń egzaltowanych obrończyń „podstawowych praw człowieka”. „Podstawowym prawem człowieka” dla manifestującej lewicy jest też na przykład prawo do zabezpieczenia na starość. Trudno wszelako orzec, jak uzgodnić obowiązek uczestnictwa w popularnym „Zakładzie Utylizacji Szmalu” – bo do tego się owo „podstawowe prawo” sprowadza – z prawem wolności wyboru. Partia „Razem”, organizatorka protestu, zasłynęła postulatem opodatkowania najszybciej się bogacących (bo przecież nie najbogatszych) na poziomie 70% ich dochodu, ale nie wyjaśnia, jak idea ta broni się w świetle koncepcji indywidualnego właścicielstwa ludzkiego ciała. Pieniądze nie spadają bowiem z nieba – tworzy je ludzka praca. Waluta – to skrystalizowane łzy i pot produktywnych osób. Pozbawić kogoś pieniędzy pod przymusem – to pozbawić go czasu pracy włożonego w ich zarobienie. Innymi słowy – pozbawić go proporcjonalnej części jego życia. Wygląda na to, że w idealnym państwie razemowców i ich sympatyków matki będą mogły być właścicielkami swoich macic i tego, co się w nich znajduje, natomiast poza tym właścicielami trzydziestu ośmiu milionów – w tym setek tysięcy matek, aborcjonistek i antyaborcjonistek – opodatkowanych, kontrolowanych, ewidencjonowanych, obłożonych zakazami i eksploatowanych niewolników będą towarzysze Adriana Zandberga, zmieniając w tej roli pobożnych socjalistów z PiS.

Niekonsekwencja w stosowaniu przez zwolenników aborcji argumentacji wolnościowej ujawnia się już zresztą w obrębie samego zagadnienia przerywania ciąży. Miła pani z fundacji zajmującej się propagowaniem świadomego macierzyństwa, której występ oglądałem w telewizji, utyskiwała, jak to w Polsce łamane są przepisy obecnej ustawy aborcyjnej, ponieważ – według jej relacji – na Podkarpaciu wszyscy lekarze podpisali klauzulę sumienia, tak że przerwania ciąży trudno w tym regionie dokonać nawet w przypadkach dopuszczanych przez ustawę. Za wywodem tym stoi najwyraźniej przekonanie, że matki-aborcjonistki nie są właścicielkami wyłącznie własnych ciał. Należą do nich także ciała – jak również wiedza, talenty i sumienia – podkarpackich lekarzy. Podobnie jak ciała i pieniądze podatników sprzeciwiających się zabijaniu ludzkich zarodków, którzy w myśl ideologii przyświecającej uczestniczkom czarnego protestu mają pod przymusem dokładać się do dostępnych na życzenie zabiegów in vitro i aborcji.

To, co lewica nazywa „wolnością wyboru”, to na ogół nowa nazwa dla tyranii.

Norbert

Norbert Slenzok

Comments

comments