Agentura
6 grudnia 2016
0

Zaniepokojeni domniemaną perspektywą śląskiej irredenty Polacy lubują się w denuncjacjach dotyczących – istniejącego tylko w ich umysłach – patronażu Republiki Federalnej Niemiec nad regionalistami z Górnego Śląska. To oskarżenie, jakkolwiek fałszywe, nie jest pozbawione- powiedzmy z naciskiem: psychologicznych – podstaw. Jego przesłanki leżą jednak nie we współczesności Śląska, ale w historii i współczesności Polski. Począwszy od czasów stanisławowskich, wszystkie koncepcje politycznej podmiotowości Polaków wspierały się na założeniu przychylności któregoś z wielkich mocarstw. Dla obozu patriotycznego doby Sejmu Wielkiego rolę protektora miały pełnić Prusy; następie pieczy nad polskimi aspiracjami niepodległościowymi oczekiwano – słusznie lub nie – od Francji Bonapartych (w okresie wojen napoleońskich i powstania styczniowego ), Austro-Węgier (krakowscy konserwatyści na przełomie XIX i XX wieku), Rosji (ugodowcy i Roman Dmowski od początku ubiegłego stulecia do rewolucji październikowej), obu imperiów niemieckich (Józef Piłsudski i ponownie konserwatyści w czasach I wojny światowej). Od konferencji paryskiej aż do wybuchu II wojny światowej los „sprawy polskiej” spoczywał na barkach Francuzów i Anglików

Donald Trump Foto: Gage Skidmore Wikimedia CC BY-SA 3.0
Donald Trump Foto: Gage Skidmore Wikimedia CC BY-SA 3.0

, a gdy rachuba ta sprowadziła na II Rzeczpospolitą zagładę, zmajoryzował Polskę Związek Sowiecki, stając się gwarantem uzyskanych przez nią po wojnie nabytków terytorialnych na zachodzie. Wreszcie nastał rok 1989, a wraz z nim zmierzch polsko-radzieckiego braterstwa broni i świt przyjaźni polsko-amerykańskiej. Od chwili wejścia Polski do NATO dekadę później nadwiślańskie elity nie usiłują już nawet przekonywać społeczeństwa, że na wypadek obcej napaści może ono liczyć na cokolwiek poza łaską potężnego Wuja Sama zza wielkiej wody.

Wybór Donalda J. Trumpa na prezydenta Stanów Zjednoczonych spowodował więc wśród polskich polityków popłoch. Politycy partii rządzącej i sekundujący jej publicyści wypowiadają się wprawdzie ciepło o konserwatywnej rewolucji, jaką ma nieść ze sobą Trump, jednak jest to tylko dobra mina do złej gry, prowadzona przez wzgląd na to, jak wiele od  dla ich agendy znaczy Ameryka i jej przywódca, ktokolwiek by nim nie był. Obecny prezydent elekt konsekwentnie zapowiada ograniczenie globalnej aktywności Imperium Americanum oraz – co z punktu widzenia Polski najistotniejsze – normalizację stosunków z Rosją celem wyzyskania Moskwy przeciwko wzrastającej potędze Chin. Wydaje się, że choć wiarygodność Trumpa – w dużej mierze politycznego hucpiarza i kameleona – jest generalnie wątpliwa, w dziedzinie stosunków międzynarodowych będzie on przynajmniej próbował zrealizować swoje deklaracje. Neojagiellońskie sny o regionalnej potędze pod osłoną amerykańskiej machiny wojennej zostaną zatem najprawdopodobniej definitywnie rozwiane. Polacy – mając się, widać, za pępek świata – zgłaszają w związku z tym do Amerykanów pretensje, że wybrali sobie prezydenta chcącego realizować amerykański, nie zaś polski interes. Raz jeszcze – jak we wrześniu 1939 roku, tyle że, szczęśliwie, w mniej dramatyczny sposób – ujawnia się trafność tezy Stanisława Cata-Mackiewicza o lichości polityki zagranicznej zależnej od „sojuszy egzotycznych” – zawieranych z państwami leżącymi daleko i mającymi chwiejne interesy w sprawach dotyczących sojusznika. Nadchodzące lata pokażą, czy Donald Trump wcieli w życie swoje wyborcze obietnice, a postsolidarnościowe polskie elity zdołają odnaleźć się poza rolą amerykańskiej agentury w Europie.

Norbert

 

 

Norbert Slenzok

Comments

comments