Nauka poszła w las
1 czerwca 2017
0

Przed ponad czterema wiekami Jan Kochanowski ubrał w poetycką frazę swą gorzką refleksję nad niezdolnością rodaków do wyciągania wniosków z popełnionych błędów. „Nową przypowieść Polak sobie kupi, że i przed szkodą, i po szkodzie głupi” – słowa Jana z Czarnolasu mimo upływu lat zachowują swoją aktualność, czego dowodzą kariery wielokrotnie skompromitowanych polityków, wciąż cieszących się zaufaniem pobłażliwego wyborcy.

Dnia 6 maja – w rocznicę zniesienia przez komunistyczne władze autonomii województwa śląskiego – przez Warszawę przeszedł Marsz Wolności. Miał stanowić manifestację siły Platformy Obywatelskiej i jej dominacji w obozie opozycji. Czy organizatorzy osiągnęli swój cel pozostaje – wobec skrajnie rozbieżnych szacunków liczby uczestników – kwestią sporną. Jedno nie ulega jednak wątpliwości – słowa, które padły ze sceny wskazują, że siłą PO nie jest umiejętność nauki na własnych błędach.

Jeden z głównych wątków przemówień partii i środowisk opozycyjnych stanowiła samorządność, a w zasadzie zagrożenia, jakie niosą dla niej rządy „dobrej zmiany”. Z tezą o centralizmie PiS nie sposób polemizować. Wydawałoby się jednak, że jeśli ktokolwiek miał jeszcze wątpliwości co do lichości polskiego samorządu, powinien się ich wyzbyć wobec dziecinnej łatwości, z jaką rozprawia się z nim obecna władza. Powoli, lecz systematycznie rząd pozbawia wspólnoty lokalne i regionalne kolejnych kompetencji i środków. Samorządność rodem z III Rzeczypospolitej okazuje się konstrukcją kruchą niczym domek z kart. Myśl opozycji powinna podążać w kierunku jej zdecydowanego pogłębienia i umocnienia, by w przyszłości, po odsunięciu od władzy partii Jarosława Kaczyńskiego, zapobiec recydywie centralizacji.

Podczas warszawskiego marszu nie było miejsca na rozrachunek z błędami III RP. Zamiast uczciwej diagnozy z ust polityka Platformy usłyszeliśmy pełne entuzjazmu słowa o Polsce, która „dla całego świata jest wzorem jak przekazywać władzę w dół”. Ten wyraz bezgranicznego i niczym nieuzasadnionego samozadowolenia skłania do dwojakiej refleksji. Po pierwsze, nawet doraźne wzrosty w sondażach działają na opozycję niczym środki odurzające. Powodują stany euforyczne i osłabienie kontaktu z rzeczywistością. Po drugie, intelektualne horyzonty polskiej elity politycznej pozostają ciasne, a mentalna przepaść dzieli je od Zachodu bez względu na partyjne barwy. Europejskie są jedynie diety polskich europarlamentarzystów – myślenie o państwie pozostaje wciąż głęboko zakorzenione w tradycji PRL.

Ta intelektualna mizeria objawia się nie tylko w szaleństwach „dobrej zmiany”, lecz również w żałosnej alternatywie, proponowanej przez opozycję. Platforma, wychodząc z założenia, że PiS przewróci się w końcu o własne nogi, nie zadała sobie trudu przedstawienia projektów decentralizacji państwa czy reformy edukacji. Ograniczyła się do propozycji, które nawet jej największym entuzjastom trudno uznać za kuszące – likwidacji Instytutu Pamięci Narodowej i Centralnego Biura Antykorupcyjnego.

Doświadczenie ostatnich tygodni skłania zatem do gorzkiej refleksji. Czyściec „dobrej zmiany” nie wypalił żadnej z przywar poprzedniego obozu władzy, którego program sprowadza się do pragnienia, by było jak dawniej. W głowach liderów anty-PiSowskiej opozycji nie zawitała jakakolwiek świeża myśl, zasługująca na chwilę namysłu. Pozostaje nadzieja, że ze swoim anachronicznym poglądem na samorządność Platforma będzie skłonna pożegnać się równie łatwo jak z przekonaniem o potrzebie przyjmowania uchodźców.

 

Jerzy Gorzelik

Comments

comments