Tyle psów mięso żre – niech gryzie i nasz…
14 czerwca 2017
0

Tytuł felietonu, który Państwo czytacie to fragment gorącej, bo ledwo wczorajszej, wypowiedzi osoby spotkanej przypadkowo w kolejce do stomatologa. Starszy pan, zapewne znudzony opóźnieniem w przyjmowaniu pacjentów, postanowił się pochwalić zaradnością swoich synów, których określił jako znanych urzędników państwowych w Warszawie i na Śląsku.

Jak sam stwierdził, jego rodzina pochodzi z Kresów, są patriotami, ale wyznają zasadę przodków, że patriotami być należy, rozwijać Ojczyznę, ale i o swojej rodzinie nie wolno zapominać. Bo rodzina to podstawa, musi z czegoś żyć, a jak ktoś nie ma własnego interesu, a jest przy władzy, to musi tak się nachapać, żeby do końca życia jemu i jego bliskim niczego nie brakowało. Bo władzę się raz ma, raz się traci, a co się zarobi w czasie rządzenia i ulokuje w dobrym banku, to zostanie i jeszcze procent urośnie… Dlatego, jak sam mój rozmówca przyznał, latami powtarzał swoim dzieciom to rodzinne powiedzenie, będące tytułem mojej kopyrtki, aż z satysfakcją stwierdził, że synów życia nauczył. Teraz z podziwem obserwuje ich karierę. A nie jest ona łatwa, w Warszawie każdy z urzędników finansowych i gospodarczych ministerstw boi się teraz cokolwiek podpisać, bo zdaje sobie sprawę z ogromu łamania prawa przez aktualnie rządząca ekipę i przewiduje możliwość karnej odpowiedzialności za podjęte decyzje. Co więcej, podobno szefowie różnych ważnych departamentów dostają co ciekawsze polecenia nie na piśmie, tylko w formie ustnego nakazu.

I rób teraz coś dla państwa i dla siebie, jak bumagi na to nie masz! Ciężko jest być teraz urzędnikiem w stolicy naszej kochanej! I na Śląsku nie lepiej. Tu takie samo obowiązują zasady jak w centrali – najlepiej więc głośno wyznawać miłość do teraźniejszej władzy, cicho robić swoje, patrząc jednocześnie w kodeks karny. Najlepiej jednak niczego nie podpisywać, a już zwłaszcza takiego, co to budzi wątpliwości i przez następną władzę może zostać uznane za powód /nie daj Panie Boże!/ jakiegoś procesu sądowego. W dodatku Górny Śląsk to małe miejsce, człowiek jest jak na talerzu i wszystkie jego kombinacje widać. A jak się władza zmieni? To co? Człowiek jest tu spalony i nawet własnej kancelarii doradczej nie otworzy, jak to robią w Warszawie. Bo cały dowcip na tym polega, aby przygotowywać takie rozporządzenia, ustawy i paragrafy, tak je zaprojektować, żeby była furtka w interpretacji. A potem, jak się już na przykład wiceministrem lub dyrektorem nie będzie, wiedzieć, gdzie ta furtka jest, jak obejść przepisy i doradzać firmom za ciężkie pieniądze, jak mają prowadzić swoje interesy. Niestety, jak powiedział mój rozmówca, jeden jego syn jeszcze nie został ściągnięty do stolicy i musi męczyć się tu na Śląsku.

W bardzo dużym skrócie i bez wymieniania konkretów – zawodów, jakie wykonują tak chwaleni przez ojca synowie, instytucji, w jakich pracują – z powodów oczywistych nie wymieniam. Nie chcę narażać się na kłopoty, na procesy o zniesławienie, jakie mogliby wytoczyć mi tak chwaleni przez ojca synowie. Znam jednak personalia mojego rozmówcy – pani stomatolog swoim zwyczajem wyszła z gabinetu, przywitała się z pacjentem i wymieniła jego nazwisko. Ja zaś poszperałem w Internecie – wiedząc, jakie mają imiona panowie urzędnicy, znając ich nazwisko i zawody jakie wykonują, nie miałem zbytnich kłopotów z potwierdzeniem prawdziwości prywatnych informacji, które tak beztrosko ujawniał cierpiący z powodu bólu zęba ojciec.

Dlaczego opisałem to, z pozoru błahe, wydarzenie? Dlatego, że my czasami zastanawiając się nad większością niejednoznacznie ocenianych decyzji władz rożnego szczebla nie wiemy, dlaczego wydano taką a nie inną decyzję, taki a nie inny projekt skierowano do realizacji, zmieniono prawo, mianowano na ważny urząd człowieka o którego kwalifikacjach nikt nie słyszał, albo wszystkim wiadomo, że nie ma żadnych umiejętności i nie nadaje się na to stanowisko. Zazwyczaj rzadko przychodzi nam do głowy odpowiedź, że jest czyimś kuzynem, przyjaźni się z ważną osobą, albo nawet ich znajomość jest bardzo intymna. Takie przypuszczenia najczęściej odrzucamy, a samej myśli, że tak może być – sami przed sobą się wstydzimy. Niestety, żyjemy w Polsce, kraju, gdzie to, co jest na przykład nie do pomyślenia w państwach skandynawskich, jest u nas normą. Wydaje się, że nawet do takiego wschodniego i barbarzyńskiego sposobu sprawowania władzy przywykliśmy. I zawsze znajdujemy dowody, że każda władza w Polsce, mniej lub bardziej intensywnie taki korupcyjny i złodziejski sposób sprawowania rządów uznawała za możliwy i właściwy dla naszego kraju. Najgorsze jest jednak to, że zwykli Polacy zaakceptowali i uznali taki styl rządzenia za normalny. Ma to nawet odbicie w potocznym powiedzeniu o tym, że lepszy długo będący przy korycie urzędas, niż zarządca nowy. Dlaczego? Bo stary już nakradł, więc brał ciągle nie będzie, a nowy musi nagrabić dużo i szybko, bo co zrobi po odklejeniu od żłobu? Z czego będzie żył i cała jego rodzina?

Dlaczego piszę o tym Państwu w JASKÓŁCE ŚLĄSKIEJ, piśmie śląskich regionalistów? Dlatego, że tak nienormalne w cywilizowanym państwie zachowania urzędników możliwe są tylko w państwie sterowanym centralnie, w wypadku Polski – z Warszawy. W państwie regionów, gdzie codzienne decyzje zapadają na poziomie województwa, regionu, powiatu i gminy, gdzie każdy mieszkaniec obserwuje i sprawdza rządzących, takiej patologii nie ma. Widać to wyraźnie w państwach skandynawskich, gdzie poziom dobrobytu i zadowolenia mieszkańców jest największy. To tam praktycznie wprowadzono zarządzanie regionalne. A władza centralna rozliczana jest dokładnie i bezwzględnie, tak że stanowisko ministra można stracić za użycie urzędowej karty kredytowej w celu kupienia sobie, na przykład, perfum. Dlatego jednym z najważniejszych zadań stojących przed mieszkańcami naszego kraju jest wywalczenie prawdziwej i nieudawanej samorządności. Na tym polega autonomia, o wprowadzenie której walczy RAŚ na Śląsku. Ci zaś, którzy pasożytują na mieszkańcach naszego kraju, starając się zabrać jak najwięcej regionalnych uprawnień, wmawiają Państwu, że Ruch Autonomii chce oderwać nasz region od Polski. Tak, my chcemy oderwać – ale urzędasów od ciepłych stołków, od pieniędzy, którymi tak gospodarują, aby to dla nich zostało jak najwięcej z przeznaczonych dla wszystkich mieszkańców Polski funduszy. Chcemy też poszanowania dla śląskiej kultury, dla języka, dla naszej tradycji. A dla całej Polski, jak powiedział ostatnio Jerzy Gorzelik, chcemy, aby uwzględniono nasz postulat przyznania prawa do autonomii regionalnej wszystkim polskim województwom. Prawa – nie obowiązku. Mieszkańcy danego regionu powinni zadecydować, czy chcą większych praw dla siebie, czy też centralistyczne zarządzanie zostawiają aktualnej władzy rezydującej w Warszawie.

A jeśli w najbliższych wyborach zagłosujecie Państwo na warszawskich cwaniaków i ludzi wyznających zasady, które są tytułem mojego felietonu, to nie dziwcie się, że Śląsk i cała Polska nadal będzie obszarem drugiej, biedniejszej części Europy i krajem, z którego się wyjeżdża w poszukiwaniu lepszego życia i normalności.

Kazimierz Martyn

Comments

comments