Obozowa miłość z tragedią górnośląską w tle
10 października 2017
0

Wielkie nadzieje związane z filmem Macieja Sobieszczańskiego „Zgoda” rozpłynęły się po niecałych dwóch godzinach seansu. Rozczarowanie i zmarnowany potencjał, tak w skrócie można go podsumować.

Kiedy na początku tego roku ukazała się książka Marka Łuszczyny „Polskie obozy koncentracyjne” temat obozu Zgoda przestał być w Polsce tematem tabu. Pozwoliła ona temu trudnemu tematowi wyjść poza Śląsk. Ślązacy o Zgodzie wiedzą dużo, m.in. dzięki publikacjom IPN-u, filmowi „Zgoda miejsce niezgody”, czy działaniach RAŚ mających na celu upamiętnienie ofiar tej straszliwej zbrodni.

Polacy przez długie lata problemu nie zauważali. Teraz zaczęli, choć dla części z nich ciągle trudne do przyjęcia jest, że Polacy także byli katami. Za każdym razem gdy osoba spoza Śląska zaczyna się zajmować tymi tematami towarzyszą temu wyrazu uznania ze strony Ślązaków i wielkie nadzieje z tym związane.

Od pierwszych minut widz jest atakowany scenami kręconymi kamerą prowadzoną z tzw. „ręki”, przy akompaniamencie  muzyki mocno wwiercającej się w głowę, zapowiadającej nieuniknione okrucieństwo.

Na początku poznajemy dwóch głównych bohaterów, Erwina i Franka. Pierwszy jest Niemcem, drugi Ślązakiem, choć po śląsku nie potrafi powiedzieć ani słowa. Z fabuły filmu nie dowiemy się o ich losach z czasów zanim trafili do obozu. Wiemy jedynie, że przyjaźnili się przed wojną razem z Anną Nowicką, która także jest więźniarką obozu. Nie wiemy czy Anna jest Polką czy Ślązaczką, ale obydwaj panowie pałają do niej miłością i starają się różnymi sposobami ją uratować z obozowego piekła.

Można odnieść wrażenie, że w obozie Zgoda przebywała raptem garstka około 30 więźniów, w tym głównie Niemcy z SS, NSDAP czy Wehrmachtu. Postać komendanta Salomona Morela, największego obozowego zbrodniarza, jest ledwie zarysowana i tylko w kontekście zemsty na Niemcach za mordowanie Żydów.

Fabuła koncentruje się wokół relacji trójki przyjaciół w nowej obozowej rzeczywistości. Niestety w filmie nie ma w zasadzie żadnych odniesień do śląskiej specyfiki tych obozów. Widz nie dowie się dla kogo obozy na Śląsku powstały, kto i za co tam trafiał. Akcja filmu mogłaby się rozgrywać w każdym innym obozie czy getcie.

Uniwersalny temat relacji trójki głównych bohaterów nie został zakorzeniony w śląskiej rzeczywistości roku 1945. Widz, który nie ma sporej wiedzy na temat tragedii górnośląskiej po seansie nie będzie w cale bogatszy o nią, a wręcz przeciwnie może odnieść wrażenie, że w obozach przetrzymywano głównie Niemców, którzy w czasie wojny przysłużyli się III Rzeszy.

W filmie jest sporo nieścisłości – począwszy od fabuły a na historii obozu Zgoda kończąc: np.: mazowieckie wierzby na obejściu domu Franka; wyposażenie chałupy jak najbardziej nieśląskie i nie pasujące do tamtych standardów – ekskluzywne meble rodem z mieszczańskich kamienic; film był kręcony w Zabrzu a miało się wrażenie, że gdzieś w centralnej Polsce.

Oprócz kilku statystów, obozowych strażników, górnika i lekarza, nikt w filmie nie mówi po śląsku. Reżyser tłumaczył to dbałością o zachowanie autentyzmu. Nie chciał aby polscy aktorzy na siłę mówili po śląsku. Można to zrozumieć, tylko jeśli film miał być o trudnej miłości w czasach obozowych, to równie dobrze można go było nakręcić w polskim obozie, których było sporo, chociażby w samej Warszawie. Dlaczego wybrano Świętochłowicka Zgodę?

W założeniu reżysera nie miał to być film historyczny, choć przecież twórcy zdecydowali się na osadzenie akcji w konkretny obozie, o czym informują napisy na początku filmu

Niestety, jeśli ktoś miał nadzieję na współczesny film fabularny opowiadający o tragedii górnośląskiej na przykładzie obozu Zgoda, to film go rozczaruje. Reżyser skupił się na uniwersalnym temacie związanym z zachowaniem trójki przyjaciół znajdujących się w ekstremalnych obozowych warunkach. Śląskość jest tu tylko tłem.

 

Jacek Tomaszewski

Marek Nowara

Comments

comments