Reparacje a przyzwoitość
15 października 2017
0

Wystarczy nie kraść, by na wszystko starczyło. Taką mądrość ogłosili miłościwie nam panujący. Ale jedno przeoczyli: realizacja ich wyborczych obietnic kosztuje sporo.

Rosną zatem obciążenia społeczeństwa, mnożą się pomysły na nowe podatki, rząd zaciąga kredyt za kredytem. A długi spłacić będzie trzeba, każdy to wie. Każdy wie też, że za bardzo nie ma skąd pieniążków brać. Dlatego w czyjejś chorej głowie wykiełkowała myśl o tym, że Polsce należą się od Niemiec reparacje wojenne. Dwa w jednym: obiecać ludziom pieniądze i wskazać „odwiecznego wroga” z tymiż pieniędzmi. Tak naprawdę, to jest wstyd przed całym światem.

Faktem jest, że 72 lata temu Warszawa leżała w gruzach. Podobnie jednak jak Drezno, Hamburg, Berlin, Gelsenkirchen i setki innych miast Niemiec, zniszczonych alianckimi nalotami. Jeszcze przed końcem wojny alianci ustalili, że roszczenia polskie zostaną zaspokojone z puli reparacyjnej, przysługującej ZSRR. Cokolwiek by nie mówić – zwykli Niemcy w ramach zbiorowej odpowiedzialności za wojnę zapłacili słony rachunek. Przez wiele lat odbudowywali swoje miasta, budowali na nowo zakłady pracy, płacili podatki na reparacje.

W ramach planu Marschalla otrzymali pomoc gospodarczą, dobrze ją wykorzystując. Nie wypierając się odpowiedzialności za wojenne zbrodnie, potępiając niegdysiejszą ideologię otwarli granice przed przybyszami. Tworząc swój federalny kraj i jego gospodarkę od nowa, osiągnęli ekonomiczne szczyty, co w ich przypadku dziwić nie może. Teraz po owoce ich pracy wyciągają ręce ci, którzy tradycyjnie zrobić zbyt wiele nie potrafią. Ktoś w Polsce stwierdził, że powinniśmy się tego stanowczo domagać.

Obliczono nawet wartość roszczeń na kwotę, której przeciętny poseł PiS nawet nie potrafi odczytać. Wartość zniszczeń na obszarze od Wisły do Bugu określono tak, że przed wojną przerastał nasyceniem dóbr dzisiejszy Dubaj. Tymczasem w drewnianych chałupach bez żadnych wygód, zbudowanych jeszcze przed wojną ludzie wegetują do dziś. Porosyjską skamielinę jedynie konserwowano przez te 72 lata. Nie przyniosły profitów nawet tysiące wagonów dóbr, przewożonych do Warszawy ze Śląska. Dla pozyskania cegły na odbudowę stolicy systematycznie burzono śląskie miasta, jak np. Racibórz. Z wynagrodzeń „mas robotniczo-chłopskich” potrącano datki na odbudowę stolicy. Co jednak niezmiernie ważne – ten wielki szaber był kontynuacją działalności, prowadzonej przez trofiejne oddziały ruskiej armii. Jako wyraz wdzięczności za wyzwolenie Polska eksportowała setkami pociągów do ZSRR śląski węgiel.  Ten powojenny, bezprzykładny rabunek nie był jednak na Śląsku dziełem Niemców.

Od północy, przy „gierkówce” postawiono niedawno swoiste witacze: ”Jedziesz na Śląsk? Najpierw jest Zagłębie”. W latach 60-tych marmury i inne materiały z niszczonego po wojnie pałacu w Świerklańcu posłużyły do budowy Pałacu Kultury Zagłębia. Jaskrawy przykład troski „macierzy” o Śląsk. A teraz pomyślmy: czy nie powinniśmy domagać się zwrotu zagrabionych dóbr naszej kultury? Kto i od kogo powinien domagać się reparacji?

 

Jan Kołodziej

Comments

comments