Trójpodział władzy
18 kwietnia 2018
0

W ogniu walk o wolność i demokrację, jakie od dłuższego czasu toczą się na polskich ulicach, zasada trójpodziału władz (oraz ich równowagi i wzajemnej kontroli), przedtem kojarzona szerzej głównie wśród abiturientów matury z wiedzy o społeczeństwie, urosła do rangi centralnego tematu debaty publicznej, a w niektórych kręgach uzyskała wręcz status politycznego bożka. Nie negując wartości tej zasady, warto – zwłaszcza w miesięczniku nastawionym opozycyjnie do obecnej władzy – przypomnieć kilka elementarnych prawd.

Po pierwsze, trwający konflikt o sądy i trybunały nie jest – jak chce wielu – starciem demokracji z dyktaturą. Demokracja to władza ludu, której – jak pisał autor koncepcji trójpodziału władz Monteskiusz – nie należy mylić z wolnością ludu. Lud może być suwerenny jak sam Stalin albo Król Słońce, podczas gdy wolność tworzących go jednostek – drastycznie ograniczona. Ostatecznie (przykład zaczerpnięty od Murraya Rothbarda) tłuszcza dokonująca linczu na niewinnym człowieku też stanowi większość na danym terenie. Odebrać jej panowanie nad życiem i śmiercią ofiary, to ograniczyć jej suwerenność. Zasady ochrony mniejszości, praworządności czy też podziału i równowagi władz wymyślono właśnie po to, by suwerenną władzę ograniczać, niezależnie od tego, czy znajduje się ona w rękach króla, arystokracji czy ludu. Wymyślili te zasady nie demokraci (intelektualny ojciec nowożytnej demokracji, Rousseau, miał podział władz za niedorzeczność, jak pisał – coś na modłę jednego człowieka w kilku ciałach), lecz liberałowie – bojący się władzy demokratycznej jak każdej innej.

Po drugie, kiedy Monteskiusz opracowywał swoje doniosłe teorie, wyobrażał sobie podział władz całkiem inaczej, niż wygląda on obecnie. Legislatywa miała być dwuizbowa – z jedną izbą ludową, aczkolwiek wywodzącą się z wyborów obwarowanych rozmaitymi cenzusami, i drugą arystokratyczną; władzę wykonawczą sprawować miał dziedziczy monarcha; wreszcie, sądy miały składać się z przedstawicieli wszystkich stanów, posiadających prawo do kupowania i sprzedawania stanowisk. Mało to demokratyczne, prawda? Taka wizja nie wynikała z historycznych ograniczeń światopoglądu XVIII-wiecznego pisarza. Stanowiła ona integralny element pojęcia równowagi władz. Poszczególne segmenty władzy – rozumował Monteskiusz – muszą reprezentować odmienne siły społeczne o sprzecznych ze sobą interesach. Tylko wówczas podział będzie miał charakter realny. W niektórych republikach włoskich – pisał – formalnie trzy władze przypadają różnym instytucjom. Ponieważ jednak wszystkie one kontrolowane są przez arystokrację, wolności tam nie ma.

Podobnie pomyślałby pewnie filozof o współczesnej polskiej demokracji, w której władza wykonawcza – wybierana przez ustawodawczą – wywodzi się z tej samej pasożytniczej klasy politycznej, złączonej wspólnym interesem polegającym na maksymalizacji wyzysku obywatela i kontroli nad nim. Forsowane przez PiS poddanie sądów – dotychczas ciał quasi arystokratycznych, obsadzanych przez selekcjonujących się nawzajem, nieusuwalnych specjalistów – demokratycznemu nadzorowi tylko ten stan rzeczy pogorszy. Wielu z nas, Ślązaków, z trudem jednak przychodzi stawać w obronie instytucji odpowiedzialnych za odmowę rejestracji śląskich stowarzyszeń, a ostatnio – za haniebny wyrok nakazujący „Newsweekowi” sprostować informację o istnieniu po wojnie polskich obozów koncentracyjnych. Jak widać, od pluralistycznego modelu Monteskiusza oddala nas również fakt, że wszyscy – rządzący, parlamentarzyści, sędziowie – chodzili do tych samych publicznych szkół, sączących im do głów te same nacjonalistyczne fałsze.

 

 

Norbert Slenzok

Comments

comments