Ile powinien zarabiać minister a ile burmistrz?
15 czerwca 2018
0

Gdy na początku tego roku gruchnęła wieść, że ministrowie rządu otrzymywali nagrody za swoją pracę, rzadko kto sądził, że sprawa nabierze aż tak daleko idących konsekwencji. Okazuje się, że wbrew temu co mówiła ex-premier Szydło („Te pieniądze im się należały”), nie tylko będą musieli zwrócić otrzymane środki, ale nawet zostaną im, a także parlamentarzystom i samorządowcom, obniżone wynagrodzenia.

Od wielu już lat kwestia wynagrodzeń członków rządu czy parlamentarzystów stanowi nie lada wyzwanie dla większości parlamentarnej. Bo z jednej strony chcieliby, jak każdy człowiek, zarabiać jak najwięcej, z drugiej wiedzą jednak, że przyznając samym sobie podwyżkę, narażają się na utratę poparcia ze strony potencjalnych wyborców, którzy przecież też chcieliby więcej zarabiać, a nie mają możliwości przyznania sobie podwyżek. Praktycznie od początku lat 90-tych, wszelkie próby podwyżek wynagrodzenia parlamentarzystów czy ministrów kończyły się każdorazowo większą lub mniejszą medialną awanturą.

Czy zamrażanie na całe lata, a nawet obniżanie wynagrodzeń, ma jakikolwiek sens dla finansów państwa? Zdecydowanie nie. Gdyby rządzący zechcieli rzeczywiście zmniejszyć koszty obsługi systemu demokratycznego, mogliby, bez żadnych konsekwencji dla jakości parlamentaryzmu, obniżyć o połowę ilość posłów. Przy obecnej ordynacji, premiującej duże ugrupowania i jednoczesnym utrzymywaniu 5% progu wyborczego, nie ma żadnej różnicy czy posłów jest 460 czy 230. To dałoby oszczędność 50% kosztów funkcjonowania Sejmu, wszak o połowę zmniejszyłyby się również koszty funkcjonowania biur poselskich. Proponowane 20% jest więc tylko efektem medialnym, nieprzekładającym się na realną oszczędność państwa. Skutek będzie jednak taki, że zniechęci resztę tych kompetentnych i pracowitych posłów, senatorów, ministrów i – przede wszystkim – samorządowców, do angażowania się w sprawy publiczne. Skoro w prywatnym sektorze dadzą sobie doskonale radę, za – szczególnie po obecnej fali podwyżek dla pracowników większości branż – lepsze wynagrodzenie, nie ma sensu wkraczać do „polityki”. Tam pozostaną tylko ci, którzy, z uwagi na brak kompetencji, nie mieliby szans na karierę w komercyjnych podmiotach. Dodatkowo decydować oni będą o obsadzie lukratywnych stanowisk w zarządach różnorakich publicznych spółek, gdzie wynagrodzenia są wielokrotnie wyższe niż apanaże posłów czy ministrów.

Czy jest szansa na wyjście z tego „pata legislacyjnego” i ustanowienia takich wynagrodzeń dla osób pełniących publiczne funkcje, które przyciągnęłyby również tych kompetentnych kandydatów, przy jednoczesnym uniknięciu niezadowolenia ze strony wyborców? Oczywiście! Wystarczy uchwalić ustawę regulującą kwestie wynagrodzeń jako ileś-krotność „średniej krajowej”, pod warunkiem, że ustawa weszłaby w życie za jedną bądź dwie kadencje, gdy kompletnie nie będzie jeszcze wiadomo kto wówczas będzie sprawował władzę. To raz na zawsze zakończy dyskusje w tej sprawie. Ale żeby zaproponować podobne rozwiązanie obecnej opozycji, trzeba być trochę bardziej kompetentnym.

 

Rafał Adamus

Comments

comments