O śląskim hipsteryzmie
19 czerwca 2018
0

Po udanych dla RAŚ wyborach samorządowych w 2010 roku ukazał się na łamach “Newsweeka” nader pochlebny względem naszego stowarzyszenia artykuł, którego autor, wziąwszy udział w spotkaniu autonomistów, zdumiewał się, że bardziej niż protestujących górników przypominają oni studentów filozofii. Sam studiowałem wówczas (a następnie skończyłem) filozofię i bynajmniej nie cierpię na anty-inteligencką fobię, dość powszechną wśród Ślązaków wywodzących się ze środowisk robotniczych. Pojawienie się nowego typu Ślązaka – patriotycznie zaangażowanego intelektualisty, potrafiącego w godce opowiedzieć zarówno o ostatnim szpilu Ruchu z Górnikiem, jak i o procesach narodotwórczych w Katalonii, filozofii Kanta czy najnowszych trendach w urbanistyce, to zjawisko niewątpliwie korzystne; po części przyczyna, a po części skutek górnośląskiego przebudzenia ostatnich lat.

I bez studiowania filozofii wiadomo jednak, że każdy medal ma dwie strony – i w tym przypadku  nie jest inaczej. Ciemną stronę rozwoju śląskich elit stanowi bowiem narastanie w ich szeregach swoistego hipsteryzmu, manifestującego się w bezustannym łajaniu śląskich prostaczków za ich nazbyt pospolite gusta. Klasycznym tego przykładem jest wstręt, z jakim śląscy hipsterzy odnoszą się do tzw. śląskich szlagrów, czyli po prostu naszej miejscowej odmiany disco-polo. Dziesiątki razy musiałem wysłuchiwać tyrad o tym, jakież to szkody szlagry wyrządzają śląskiej kulturze i jak to bez zerwania z nimi Ślązacy nigdy nie wybiją się na samodzielność, na zawsze pozostając śmieszno-strasznym skansenem w nieprzyjaznym uniwersum kultury polskiej. Kadłubek, Twardoch, ich czytelnicy – o, to są Ślązacy, jakich nam trzeba, nie to co ten ciemny ludek śpiewający na melodię “Ona tańczy dla mnie” o wyłączaniu sztromu. Do inteligenckiej świadomości najwyraźniej nie przebija się elementarna wiedza, że naród buduje nie tylko kultura wysoka, ale też masowa, a wykonawcy szlagrów mogą sobie przypisać przynajmniej tę zasługę, że ich utwory podtrzymują obecność godki w codziennym obiegu, nawet jeśli jej jakość pozostawia nierzadko wiele do życzenia. Z drugiej strony łatwo zauważyć, że inteligenci – odwrotnie niż większość Ślązaków, w tym słuchacze szlagrów – znakomicie po śląsku piszą, za to z żywym językiem mówionym znacznie u nich gorzej.

Najnowszym odnotowanym przeze mnie wykwitem śląskiego hipsteryzmu jest wystąpienie znanego i cenionego (przeze mnie też) publicysty internetowego posługującego się pseudonimem “Maras”, który na swoim blogu nawołuje do bojkotu piw marki Tyskie. Powód jego wzburzenia stanowi zaś pokazanie w reklamówce Tyskiego “chlewików i wąsatego grubiorza” na tle dymiących kominów, co w ocenie blogera ma stereotypizować czy wręcz znieważać Ślązaków, którzy są przecież nowocześni i pachnący. Maras orientuje się w sprawach naszego kraju lepiej chyba niż ja. Nie śmiem więc przypuszczać, że nie zauważył, że chlewiki, dymiące huty i wąsaci grubiorze wciąż tu są. I nie tylko są: nadal stanowią o dostrzegalnej gołym okiem specyfice Górnego Śląska, w przeciwieństwie do parków, biurowców, galerii handlowych i smutnych knajp z białymi ścianami, dziwną muzyką i koneserskim piwem. Wszystko to też mamy, ale to nie te rzeczy wyróżniają nas spośród ziem dzisiejszej RP. O tym już chyba Maras zapomniał. Umknęło mu też zapewne, że wąsaci grubiorze popijący Tyskie przed chlewikami (jak i ja popijam, choć nie mam wąsów i nie pracuję na grubie) mogliby nie być szczęśliwi, dowiadując się, że dla młodych popularyzatorów śląskości być z nimi kojarzonym to obelga.

W żargonie inteligenckim nazywa się to “alienacją elit”.

 

 

Norbert Slenzok

Comments

comments