Polska Partia Społeczniaków
9 sierpnia 2018
0

Społeczniak to w ulicznej gwarze ktoś, kto chętnie współpracuje z władzami, w szczególności donosząc na bliźnich. Od zwykłego konfidenta odróżnia go to, że autentycznie wierzy w wartość zapewnianych rzekomo przez państwo prawa i porządku. Im więcej zatem państwowego prawa i porządku (czyli po prostu zakazów i nakazów), tym szerszy uśmiech na twarzy społeczniaka.

Przez wiele lat los społeczniaka żyjącego pod polską władzą (nie będę na potrzeby tego felietonu rozróżniał między Ślązakami i Polakami – są w interesującym mnie kontekście tacy sami) nie należał do najprzyjemniejszych. Prawo było względnie liberalne, toteż musiał on znosić istnienie ludzi popijających piwo w parkach, sklepów całodobowych, dyskontów otwartych w każdy dzień tygodnia, zadymionych pubów, filmów dla dorosłych, a nawet muzyki heavymetalowej. Wprowadzane przez kolejne rządy regulacje w rodzaju zakazu picia alkoholu pod chmurką bądź palenia papierosów w miejscach publicznych (do których ustawodawca zaliczył miejsca najzupełniej prywatne, jak puby, restauracje czy niepubliczne zakłady pracy) przynosiły lepsze dni dla społeczniaków, jednak dalekie były od zaspokojenia wszystkich ich uroszczeń.

Rządy Prawa i Sprawiedliwości przynoszą wreszcie, jak się zdaje, z wytęsknieniem wyczekiwaną przez społeczniaków chwilę triumfu, gdy na każde niemiłe ich sercom zachowanie znajdzie się paragraf prawny. Nieformalna Polska Partia Społeczniaków znalazła w rządzącym obecnie ugrupowaniu swoją polityczną ekspozyturę: kolejne samorządy, zainspirowane ustawą uchwaloną przez parlament, zakazują funkcjonowania sklepów nocnych; nowe prawo traktuje parę wodną z e-papierosa jako narzędzie zbrodni niedozwolone niemal nigdzie; starsi obywatele mogą poczuć się znowu młodzi, patrząc na zamknięte w niedzielę sklepy; posłowie na poważnie debatują nad delegalizacją pornografii. Nie posiadają się z radości księża – hierarchowie oficjalnie wspierają najbardziej zamordystyczne posunięcia władzy, a nasz Kościół piekarski wsławił się ostatnio inicjatywą przeciwko koncertowi grupy Kat, której wokalista Roman Kostrzewski wykonywał kiedyś Biblię Szatana.

Komentując rozprzestrzenianie się wśród Polaków patriotycznego zapalenia mózgu (jak trafnie określił to zjawisko Szczepan Twardoch), pisałem już kiedyś, że najtrudniejsze do odwrócenia będą nie polityczne czy gospodarcze, lecz mentalne skutki rządów narodowej prawicy. Rzecz ma się podobnie z przeobrażeniami świadomościowymi, które wywoła zwycięski pochód Polskiej Partii Społeczniaków. Ludzie na ogół przyzwyczajają się do irytujących, aczkolwiek drobnych i niepociągających za sobą brutalnego terroru regulacji. Za dziesięć lat pamięć o tym, że kiedyś można było w niedzielę wyskoczyć po zapomniany produkt do obiadu, ulegnie zatarciu, tak jak teraz młodsze pokolenie nie pamięta już, że nie zawsze za otworzenie piwa w odludnym zaułku parku było się szykanowanym przez policjantów. Osobniki wykręcające numer 997 pod byle pretekstem, niepotrafiące znieść samego widoku kogoś, kto żyje inaczej od nich, niezdolne do życia w nowoczesnym, pluralistycznym społeczeństwie, jeszcze mocniej poczują się solą tej ziemi i z jeszcze większą niż dotychczas energią narzucą pozostałym swoją wolę. Dla ludzi normalnych szykują się zaś ciężkie czasy.

 

Norbert Slenzok 

Comments

comments