Jestem dumną Ślązaczką. Nieznane oblicze Ilony Kanclerz
18 października 2018
0

„Jestem Ślązaczką i podkreślam to zawsze. Moja rodzina mieszkała na Wilhelminie, ja urodziłam się w szpitalu w Szopienicach”. Ilona Kanclerz, kandydatka Śląskiej Partii Regionalnej na prezydenta Katowic w szczerym wywiadzie dla Jaskółki Śląskiej.

 Wiktoria Tombarkiewicz: Twój start w wyborach na prezydenta Katowic budzi wiele emocji. Jesteś jedyną kobietą wśród kandydatów ubiegających się o to stanowisko. Co skłoniło cię do podjęcia się tego wyzwania?

Ilona Kanclerz: Kiedy podjęłam decyzję o kandydowaniu nie rozpatrywałam tego w tych kategoriach. To było naturalną konsekwencją moich wcześniejszych działań i rozwoju Śląskiej Partii Regionalnej. Rok temu ją zakładaliśmy, a teraz wystawiamy swoich kandydatów do samorządu. Kiedy na wiosnę wicemarszałek Henryk Mercik powiedział publicznie, że „Ilona Kanclerz jest najlepszym kandydatem na prezydenta”, nie byłam zadowolona, ponieważ mam co robić w życiu. Aby to było możliwe musiałabym odłożyć na bok projekty społeczne i komercyjne, powierzyć kierowanie firmą i przekazać swoje kompetencje i obowiązki. Zrobiłam to po jednogłośnej nominacji Rady Programowej ŚPR i jeśli wyborcy tak zdecydują jestem gotowa ofiarować kolejne pięć lat swojego życia pracy na rzecz miasta.

Czymś, co niewątpliwie wyróżnia moją wizję prezydentury, jest zamiar przywrócenia mieszkańcom roli właścicieli miasta. Finanse miasta powinna charakteryzować całkowita przejrzystość – uważa Ilona Kanclerz. Foto: Materiały Prasowe

W.T.: Uważasz, że da się to zrobić lepiej? Tylu doświadczonym politykom dotychczas się nie udało…

I.K.: Politycy powinni rozumieć ekonomię, problemy społeczeństwa i proponować dopasowane do potrzeb rozwiązania systemowe. Jak widać, między umiejętnością „politykowania” a zarządzania jest wielka przepaść. Czy da się to zrobić lepiej? Oczywiście, ponieważ zarządzaniem powinni zajmować się specjaliści, a takim z pewnością jestem. Od 25 lat prowadzę samodzielnie działalność gospodarczą, dzięki mojej aktywności ludzie maja pracę. Jestem niezależna finansowo. Co więcej, uczę zarządzania innych przedsiębiorców. Moje doświadczenie pokazuje, że znam się na tym lepiej od wszystkich obecnych kandydatów. Nie jestem na garnuszku podatników, nie korzystam z subwencji, profitów z działalności politycznej i społecznej. W przeciwieństwie do innych nie byłam zatrudniana w instytucjach publicznych ani samorządowych. Utrzymuję się sama, więc na moje decyzje polityczne nie będzie miała wpływu chęć pomnażania swoich dochodów. Czymś, co niewątpliwie wyróżnia moją wizję prezydentury, jest zamiar przywrócenia mieszkańcom roli właścicieli miasta. Każda złotówka powinna przemieszczać się w sposób jawny, finanse miasta powinna charakteryzować całkowita przejrzystość.

W.T.: Niektórzy postrzegają cię jako blondynkę, która na niczym się nie zna.

I.K.: Zatem pewnie w tym miejscu niektórych zaskoczę. Skończyłam najpierw studia na kierunku komunikacja społeczna, następnie dziennikarstwo, politologię oraz historię sztuki, a w zeszłym roku obroniłam doktorat na Akademii Sztuk Pięknych w Warszawie.

 W.T.: W środowiskach regionalistów pojawia się zarzut, że dystansujesz się od śląskiej tożsamości.

I.K.: Jestem Ślązaczką i podkreślam to zawsze. Moja rodzina mieszkała na Wilhelminie, ja urodziłam się w szpitalu w Szopienicach. Kiedy miałam 4 lata wyburzono nasze domy hutnicze i rodzina została rozdzielona. Moją babcię przeniesiono na Dąbrówkę Małą, a mnie z rodzicami do kawalerki o powierzchni 38 m² na osiedlu Tysiąclecia i tam mieszkałam do 19 roku życia. Moja historia rodzinna, podobnie jak w przypadku wielu Ślązaków, jest skomplikowana. Moja babcia, Emilia, niezwykle ważna dla mnie osoba godała po śląsku i była prawdziwą Ślązaczką. Tą piękną i mądrą kobietę zmuszono do bardzo ciężkiej pracy na Holtzplatzu, gdzie uległa poważnemu wypadkowi. Mimo to gotowała, sprzątała i prowadziła całe gospodarstwo domowe – w takim właśnie, typowo śląskim otoczeniu upływało moje dzieciństwo. Do piątego roku życia nikt do mnie nie mówił, wszyscy godali, dlatego pomimo, że nie posługuję się tym językiem, doskonale go znam – jest to mój język rodzinny. Jak większość dzieci, przeszłam można powiedzieć „polonizację” – budowano wówczas tysiąc szkół na Tysiąclecie Państwa Polskiego, które były priorytetem dla ówczesnych władz i miały za zadanie stworzyć nowy profil obywatela. Przywożono tu nauczycieli z całej Polski. Moja mama Anna, pochodziła z podlubelskiej wsi i przyjechała na Śląsk w latach siedemdziesiątych, do swojej przyjaciółki, która osiedliła się tutaj razem z mężem. Mieszkała na stancji u mojej babci i tak poznała Andrzeja Kanclerza, mojego tatę. Śmiał się, że wszystkie miejscowe go znały i tylko obca mogła go chcieć. Pół roku później byli już po ślubie. Od pochodzenia nie można się odżegnywać – jestem typowym przykładem Ślązaka o skomplikowanej historii.

Do piątego roku życia nikt do mnie nie mówił, wszyscy godali, dlatego pomimo, że nie posługuję się tym językiem, doskonale go znam – jest to mój język rodzinny – mówi Ilona Kanclerz Foto: Archiwum prywatne

 W.T.: Kolejnym powtarzającym się zarzutem jest założenie, że jako kobieta sukcesu żyjesz w oderwaniu od codziennych problemów zwykłych ludzi, a nie znając tych problemów, nie jesteś w stanie im zaradzić.

 I.K.: Urodziłam się w jednej z najbiedniejszych dzielnic Katowic, w skromnym robotniczym domu. Moja mama pochodziła z wiejskiego gospodarstwa i wyszła za chłopaka – robotnika. Początkowo w części hutniczego domu mieszkało nas ośmioro, a po przeprowadzce, jako rodzina z jednym dzieckiem, dostaliśmy tylko jeden pokój. W tym pokoju się wychowałam i to był dla mnie później punkt odniesienia. Praktycznie dopiero w zeszłym roku zorganizowałam sobie biuro, natomiast do tego czasu ważniejsze było miejsce dla rodziny, mi to nie było potrzebne. Całe życie pracowałam nie mając nawet swojego miejsca, biurka, pokoju: na kolanie, w samochodzie, w kuchni, w fotelu. Praca była i jest dla mnie narzędziem zapewnienia finansowej niezależności mojej rodziny. Nie odczuwam potrzeby gromadzenia przedmiotów, biżuterii, aut… Nawet samochód wybiera dla mnie syn, bo ja się nie znam na motoryzacji, po prostu. Jako dziecko z kluczem na szyi zaliczyłam wszystkie zajęcia pozalekcyjne, bo nie miał się kto mną zajmować ponieważ rodzice ciągle pracowali, ostatnia wychodziłam ze szkoły. W klatce mieszkało pięć rodzin, z dziećmi sąsiadów wychowywaliśmy się jak rodzeństwo, więc nie odczuwałam tego, że byliśmy najbiedniejsi. To z dzisiejszej perspektywy niewyobrażalne, ale jako dzieci całe dnie biegaliśmy po parku i po osiedlu Tysiąclecia, które było wówczas wielkim placem budowy. Stresem było dla mnie jako 17 latki że mama kazała mi wracać do domu o dwudziestej. Jeśli spóźniłam się o minutę, wychodziła na balkon dziesiątego piętra i krzyczała na całe osiedle: Ilona Kanclerz do domu! To dojmujące doświadczenie nauczyło mnie ordnungu do tego stopnia, że już za pięć stałam pod drzwiami, zawsze. Kiedy miałam osiemnaście lat rodzice po raz pierwszy pozwolili mi zaprosić kilkoro znajomych na małe przyjęcie, sami poszli do sąsiadów i nam dali czas do 21.30. Kiedy nadeszła ta godzina rodzice wrócili i był koniec imprezy. Może dzięki takim sytuacjom, dzisiaj jestem taka sumienna, konsekwentna i pracowita, potrafię wytrzymać trudne warunki i pracować w stresie.

Moja mama pochodziła z wiejskiego gospodarstwa i wyszła za chłopaka – robotnika. Początkowo w części hutniczego domu mieszkało nas ośmioro, a po przeprowadzce, jako rodzina z jednym dzieckiem, dostaliśmy tylko jeden pokój – wspomina Ilona Kanclerz. Foto: Archiwum prywatne

W.T.: Walczysz, działasz, jesteś ambitną i wykształconą kobietą, prawa kobiet są ci bliskie. Jesteś feministką?

I.K.: Feminizm to szerokie pojęcie, w pewnym sensie Jan Paweł II również był feministą. Moim zdaniem nie wystarczy wyjść na ulicę i krzyczeć. Feminizm to dla mnie zachęta do działania dla każdej kobiety, budowanie własnym przykładem wiary w to, że kobiety mogą wszystko – odnieść sukces, wpływać na swoje otoczenie, zmieniać świat. Warto zaznaczyć, że to myślenie wypływa z górnośląskiego etosu i wyniosłam je z domu – przecież jeszcze nie tak dawno nasze społeczeństwo było matriarchalne, to kobieta rządziła domem, trzymała budżet i decydowała o ważnych sprawach. Jako kobieta zamierzam być dobrą gospodynią naszego miasta, które dotychczas miało wyłącznie gospodarzy.

W.T.: Podczas poprzednich kampanii już kilkakrotnie można było zobaczyć twoją twarz na plakatach, za każdym razem opatrzoną szyldem innego ugrupowania. Jak to wyjaśnisz?

I.K.: Nie wiem dlaczego w Polsce zakładamy, że wierność szyldowi jest najważniejsza. Jeżeli ugrupowanie, które obdarzyliśmy naszym zaufaniem, nie pozwala realizować założonych na początku celów, oczywistością jest dla mnie jego opuszczenie. Moje cele są niezmienne, odkąd tylko zaangażowałam się politycznie, a ich realizacja wymaga ciężkiej pracy i skuteczności – niestety partiom ogólnopolskim z pracą jest niekoniecznie po drodze, a z pracą dla regionu w szczególności. Kandydowałam dwa razy. Za pierwszym, było to w okresie, kiedy bardzo interesowałam się ekologią co zostało zauważone z poziomu Warszawy i ówczesny wicepremier  zaproponował mi wniesienie nowej energii do katowickich struktur PSL. Będąc zupełnie nową osobą, startowałam z trzeciego miejsca i  zrobiłam dobry wynik. Zostałam wrzucona na głęboką wodę i była to dla mnie świetna, szybka szkoła. Studiowałam politologię, ale kandydować samemu a uczyć się o polityce to dwie zupełnie różne rzeczy. Nie byłam członkiem PSL i jak się okazało nie miałam z tą organizacją wystarczająco wielu obszarów porozumienia, żeby wstąpić w jej struktury. Jeśli chodzi o Nowoczesną, to jawiła się ona wówczas jako szansa na ciekawe, ożywcze rozwiązania dla przedsiębiorczych obywateli. Bardzo świadomie przedstawiłam im swoje rozwiązania i zaproponowałam, że jeśli zamierzają je realizować mogę wystartować z ich listy. Zdobyłam ok 18% głosów, podczas gdy Nowoczesna w całym kraju około 7%, co znów pokazuje, że to nie Nowoczesna mi coś dała, ale że dzięki mnie miała tak wysoki wynik w Katowicach. Natomiast w roku, w którym Nowoczesna uzyskała najwyższe poparcie w swojej historii ja, widząc, że politycy tej partii nie mają najmniejszego zamiaru realizować jakichkolwiek postulatów i obietnic wyborczych, które obiecali mojemu elektoratowi, widząc brak pracy merytorycznej, brak budowania struktur, napisałam list, w którym podziękowałam za współpracę. Nie byłam członkiem również tej partii. Na Śląsku mamy bardzo wysokie standardy, jeśli chodzi o ocenę skuteczności partii krajowych, nic dziwnego, że nie spełniają naszych oczekiwań. To był powód, dla którego znalazłam się w grupie, która powołała do życia pierwszą regionalną partię w Polsce.

Comments

comments