Autonomia gospodarcza
31 października 2018
0

Nie jestem i pewnie już nie zostanę członkiem Śląskiej Partii Regionalnej. Mimo to z oczywistych względów życzliwie śledzę jej poczynania, co oznacza między innymi, że życzę jej dobrego programu. Nieraz już pisałem, że jego integralną częścią musi być hasło autonomii. Autonomii, a nie żadnej „poszerzonej samorządności” czy innego gładkiego frazesu obmyślonego po to, by przypadkiem nie zranić czyichś wrażliwych uszu. A co stanowi z kolei clue autonomii? Autonomia gospodarcza, której fundamentem byłaby pełna samodzielność fiskalna (podatkowa). Docelowo powinna ona wiązać się z całkowitą likwidacją podatków centralnych, tak że decyzje odnośnie do rodzaju, stawek i progresji podatków pozostawałyby wyłącznie w gestii autonomicznych regionów. Część przychodów uzyskiwanych z tego tytułu przez regiony, precyzyjnie określona w statucie organicznym na wzór tzw. tangenty przedwojennego województwa śląskiego, zasilałaby następnie budżet centralny, służąc mu do realizacji jego okrojonych uprzednio na rzecz regionów zadań. Wśród nich nie byłoby już w ogóle polityki gospodarczej (w tym społecznej), ponieważ ta przeszłaby w całości do sfery kompetencji autonomicznych parlamentów i rządów. Wyjątkiem byłaby ta część prawa Unii Europejskiej, którą stosuje się w państwach członkowskich bezpośrednio.

Brzmi nierealnie? Zapewne tak, ale w obecnej sytuacji brak jest również szans na wcielenie w życie bardziej zachowawczych postulatów ŚPR – choćby przekazanie samorządom wszystkich trzech szczebli po jednej setnej udziału w podatku VAT. Aby to przeprowadzić, trzeba wszak ustawy, a na pozwalającą ją uchwalić reprezentację w ogólnopolskim parlamencie ŚPR raczej widoków nie ma. Program reform dotyczących całego państwa formułuje się jednak przede wszystkim po to, by jasno pokazać, dokąd chce się finalnie zmierzać – tak jak wybierając się w podróż, nawet najdłuższą i najforsowniejszą, trzeba wiedzieć, gdzie ostatecznie znajduje się punkt docelowy. Funkcją długoterminowych strategii reformatorskich jest także zapładnianie politycznej wyobraźni i poszerzanie spektrum debaty publicznej, tak by nie tonęła ona w ogłuszającym wrzasku zwalczających się partyjnych gangów. Strzec się więc trzeba nie tylko utopizmu, ale i mikromanii.

Z tą drugą mamy do czynienia między innymi wtedy, gdy nawet stawiając sobie dalekosiężne cele, definiuje się je tak, że nie dorastają one do skali zadań, na które mają stanowić odpowiedź. Pierwszorzędnym celem dla Ślązaków musi być natomiast powstrzymanie marginalizacji naszego kraju względem innych ośrodków RP, zwłaszcza stolicy. Warszawa, Poznań czy Wrocław pozostawiają nas coraz bardziej w tyle, czego widomym znakiem są tysiące produktywnych mieszkańców Górnego Śląska opuszczających swój heimat w poszukiwaniu lepszych perspektyw, znajdowanych zagranicą lub w polskich metropoliach. Ani trzy procent VAT-u, ani nawet polityka deglomeracji (rozproszenie urzędów centralnych po całym terytorium państwa na wzór niemiecki) nie zahamują tego trendu. To po prostu działania na zbyt małą skalę. Żeby choć spróbować odzyskać dawną pozycję ekonomiczną wśród ziem RP i rzucić wyzwanie hegemonii Warszawy, potrzebujemy znacznie poważniejszych instrumentów. Proponując prywatnemu biznesowi – bo to on, a nie miejskie inwestycje publiczne, jest w każdej rynkowej gospodarce motorem napędowym wzrostu – sprzyjające rozwiązania prawne, będzie można wreszcie zacząć nadrabiać stracony przez stulecie warszawskich rządów czas. Do tego potrzeba jednak autonomii, a nie AWS-owskiego samorządu po liftingu.

 

 

Norbert Slenzok

Comments

comments