Friedrich Wilhelm Kuhnert: Śląski malarz

Republika Kosowo, czyli każdy ma swojego Piętaszka

19APR

Kosowo dzieli od Polski grubo ponad 1000 kilometrów. Okazuje się jednak, że rozpala ono w naszym kraju tyle emocji, jak gdyby znajdowało się tuż za naszymi granicami. Co rusz pojawiają się komentarze o państwie mafijnym, tymczasowym, o słowiańskiej solidarności z braćmi Serbami i podobne echa ułańskiej fantazji

Kosowo oficjalnie ogłosiło swoją niepodległość 17 lutego 2008. Wywołało to falę protestów nie tylko w samej Serbii, od której prowincja ta się odłączyła, ale też wzbudziło poważne wątpliwości w krajach, które same borykają się z tendencjami, nazwijmy to separatystycznymi. Już dziś wiadomo, że nowej republiki nie uzna ani Hiszpania, ani Słowacja, ani Rumunia, o Serbii czy Rosji nie wspominając. Niepodległe Kosowo budzi także szereg wątpliwości w Polsce, gdzie obok argumentów prawnych, pojawiają się, nie zawsze uzasadnione, emocjonalne. Mówi się więc o państwie kryminalnym, mafijnym, quasi-państwie i o pogwałceniu dumy słowiańskich braci Serbów poprzez odebranie im ich odwiecznych, historycznych terytoriów. Bo Kosowo to faktycznie matecznik serbskiej tożsamości i dumy narodowej - to takie połączenie Gniezna, Jasnej Góry, Wiślicy i legendy Westerplatte. I z tym wszystkim Serbia, nie uznająca oczywiście niepodległego Kosowa, musi faktycznie się rozstać. Nie dziwi więc bunt i oburzenie Serbów, ale czy z racji historycznych jednego narodu wypływa jakiekolwiek ograniczenie dla innego? Stanowiącego było nie było większość na tym spornym terenie? Obawiam się, że jakikolwiek kategoryczny sąd byłby w tym miejscu dalece ryzykowny.

Żegnaj Jugosławio

Być może zabrzmi to trywialnie i naiwnie, ale Serbowie płacą dziś cenę za rozpętanie przez swój kraj całego cyklu bałkańskich wojen końca dwudziestego stulecia. Najpierw zdominowana przez Serbię Jugosławia zaatakowała wychodzącą z federacji Słowenię. Po dziesięciu dniach walk oddziały federalne wycofały się z tego kraju, aby wzmocnić serbską irredentę w Chorwacji. Zanim jeszcze rozpętało się piekło w Bośni i Hercegowinie, Serbowie przeprowadzili czystki etniczne na zajmowanych przez siebie terytoriach chorwackich, a zdominowana przez nich armia jugosłowiańska mogła liczyć na wsparcie ochotników z Serbii oraz miejscowych buntowników. Apogeum tego obłędu przypadło na wojnę w BiH - poprzez czystki etniczne, grabieże i bezsensowne akty wandalizmu miał się ziścić sen o wielkiej i narodowej Serbii. Każdy medal ma oczywiście dwie strony, nie można jednak zapominać, że to co działo się w dawnej Jugosławii w sposób najsilniejszy obciąża właśnie Serbię. Z każdej kolejnej wojny kraj ten wychodził jednak coraz bardziej osłabiony: z Chorwacji uciekło bądź wyrzucono blisko 200 tys ludzi; powstała niepodległa Bośnia i Hercegowina z kadłubową efemerydą w postaci Republiki Serbskiej. Dwa lata temu federację opuściła Czarnogóra, dotychczas wierny sojusznik Belgradu, teraz uczyniło to Kosowo, formalnie część tej republiki, praktycznie od blisko 10 lat poza jej jurysdykcją. Serbia z dominanty w Jugosławii stała się własnym cieniem, ze zszarganą reputacją, nierozwiązanym problemem uciekinierów z krajów ościennych i bez pomysłu na przyszłość. Można pokusić się o stwierdzenie, że tam gdzie rozpad Jugosławii się zaczął (silne zamieszki w Kosowie miały miejsce już po śmierci Tity), tam gdzie w 1989 roku zaczął swą karierę zbawcy narodu Slobodan Milosević, tam też dokonał się ostatni rozdział długiego rozpadu państwa południowych Słowian. I zamiast płakać nad nim, rozdzierać szaty nad okaleczoną Serbią, lepiej będzie zastanowić się jaka ewentualna przyszłość rysuje się przed tym krajem.

Na złość babci ... pogłoduję

Błędem byłoby przypisywać Serbii i Serbom same złe cechy. To naród jak każdy inny, zresztą o potędze tamtejszej opozycji mogliśmy się przekonać niejednokrotnie - chociażby przy obalaniu Milosevicia, czy ostatnio podczas wyborów prezydenckich. Rozgoryczenie po utracie Kosowa jest zrozumiałe, jednak dla Serbów jedynym wyjściem jest zaakceptowanie obecnego stanu. Obrażanie się na cały świat niczego dobrego nie da, bo świat wcale nie jest przekonany do wyjątkowości Serbii i Serbów. Rozwiązaniem najgorszym z możliwych będzie zejście ze ścieżki europejskiej i odwrócenie się plecami do Zachodu. Taki proces jedynie opóźni wychodzenie kraju z kryzysu i przedłuży biedowanie samych Serbów, którzy praktycznie wszędzie za granicą muszą legitymować się paszportem z ważną wizą. Kurs na Rosję podbije jedynie bębenka paru nacjonalistycznym politykom w Belgradzie i Moskwie, wymiernych korzyści Serbom jednak nie przyniesie. Samobójczym może okazać się także podburzanie rodaków za granicą, szczególnie w Republice Serbskiej w Bośni. Po 18 latach obłędu trzeba po prostu pogodzić się z rzeczywistością, a nie obrażać na nią. Zamiast marzyć o rosyjskiej ropie, czekać aż "nas przeproszą", lepiej dla samych Serbów będzie przełknąć gorzką pigułkę i kontynuować starania o stowarzyszenie z UE. Tylko ten kierunek gwarantuje Belgradowi stopniowe otwieranie granic, przepływ ludzi, kapitału, a co najważniejsze - otwarcie kanałów pomocy strukturalnej. Co również istotne to fakt, że Serbia graniczy bądź z krajami UE (Węgry, Rumunia, Bułgaria), bądź z takimi, które czynią wszystko, aby w Unii się znaleźć (Chorwacja, Czarnogóra, Macedonia, Bośnia). Odizolowana wyspa w centrum Bałkanów będzie nie na rękę nie tylko swoim sąsiadom, ale może też oznaczać faktyczną marginalizację i pauperyzację i tak już ubogiego kraju.

Narodowy kontra obywatelski

Powstanie niepodległego Kosowa bardzo często określa się mianem fenomenu. Fenomen ten miałby sprowadzać się do faktycznego istnienie dwóch państw albańskich. Tak jakby tego rodzaju fenomenów dotychczas nie było - a przecież w samej Europie mamy przynajmniej dwa podobne: dwa państwa greckie (Grecja i Cypr) czy rumuńskie (Rumunia i Mołdowa). Nie to jednak jest problemem, ale sprawa tryumfu myślenia kategoriami państwa narodowego. Jeśli Kosowo, jako państwo albańskie, ma stać w opozycji do Serbii, a Serbia jako państwo narodowe w opozycji do Kosowa to nie ma przyszłości dla żadnego z nich. Sprawdzianem poziomu demokracji i rozwoju społecznego obydwu państw będzie to w jakim stopniu ułożą stosunki między sobą i we własnych granicach. Jeśli przed sądami serbskimi nie staną oprawcy Albańczyków, a kosowskimi ci, którzy uczestniczyli w wypędzaniu Serbów i niszczeniu ich dobytku, to żaden z tych krajów nie ma prawa do nazywania siebie w pełni cywilizowanym. Jeśli na terenach etnicznie albańskich w Kosowie w dalszym ciągu niszczone będą ślady serbskiej kultury, a Serbowie zmuszeni do życia w odizolowanych enklawach, to musimy sobie uświadomić, że mamy do czynienia z tykająca bombą zegarową, która prędzej czy później wybuchnie. Jeśli w Kosowie zatryumfuje albański nacjonalizm, niechętny wszystkiemu co obce, będzie to największa porażka samych Kosowarów. Jeśli Kosowo zamierza w przyszłości stać się pełnoprawnym członkiem społeczności międzynarodowej, musi być państwem obywatelskim, nie dyskryminującym ale też nie dającym przywilejów ze względu na narodowość, pochodzenie czy religię. Zarówno Kosowarzy jak i Serbowie powinni zacząć od szczerego rachunku sumienia i starać się w sposób cywilizowany ułożyć wzajemne stosunki. Serbia nie może zejść z drogi budowania społeczeństwa obywatelskiego, Kosowo musi na nią wejść - jedno jest pewne, jakikolwiek dalszy konflikt czy podważanie rzeczywistości niczego dobrego nie przyniosą. Nie czas też zastanawiać się czy kosowski precedens będzie przyczynkiem do dalszego rozpadu kraju - czy oderwie się muzułmański Sandżak i potem przyłączy do Bośni, czy secesję ogłosi Wojwodina itd.

Do Polaków - czyli skąd Piętaszek

Kosowo dzieli od Polski grubo ponad 1000 kilometrów. Okazuje się jednak, że rozpala ono w naszym kraju tyle emocji, jak gdyby znajdowało się tuż za naszymi granicami. Co rusz pojawiają się komentarze o państwie mafijnym, tymczasowym, o słowiańskiej solidarności z braćmi Serbami i podobne echa ułańskiej fantazji. Abstrahując od konkretnej sprawy, takie zachowania muszą w Polsce dziwić. Skoro bowiem jesteśmy solidarni z braćmi Serbami, to dlaczego w swej zbiorowej słowiańskości nie byliśmy solidarni z Rosjanami, kiedy niepodległość ogłaszała Czeczenia? Dlaczego nie potrafimy być solidarni z Ukraińcami i Białorusinami, wobec których demonstrujemy swój kompleks wyższości, czego doświadczyć można chociażby przekraczając wschodnią granicę Polski? W czymże wreszcie bliżsi są nam w swej zbiorowości Serbowie od Albańczyków? Czy wreszcie nie jest dziwne, że tak bez zastanowienia ferujemy sądy, nie zastanawiając się nad ich prawidłowością? Czy wszystkie hasła o państwie mafijnym w odniesieniu do Kosowa nie są łudzącą podobne do tych, o Polnische Saisonstaat, czy o Pokracznym karle traktatu wersalskiego ? A może po prostu nie tyle chodzi o solidarność z Serbami, co podkreślenie własnej wartości? O symboliczną zamianę ról: z pogardzanego Piętaszka na siłę trzeba zmienić się w roztropnego Robinsona Cruzoe?

Nie podważajmy faktów, nie kwestionujmy cudzych wyborów, bo nikt nam nie dał do tego prawa. A Albańczykom i Serbom pomóżmy wyjść z okopów - niech w końcu w tym umęczonym zakątku Europy zapanuje normalność.

Komentarze (0)

Dodaj swój komentarz do tego artykułu.

Dodaj komentarz

Wszystkie pola są obowiązkowe.

Twoje imie:
Twój mail:
Tytuł komentarza:
Komentarz:
Wynik równania: 2 + 1 = ?