Paweł Dudek zbudował od podstaw nikiszowiecką parafię i przez trzydzieści cztery lata stał na jej czele. Mimo to do historii przeszedł jako ofiara śląskiej wielokulturowości
Ktoś kiedyś stwierdził, że cały tragizm Polski wynika z tego, że leży pomiędzy Niemcami a Rosją. Trawestując te słowa, rzec można, że źródłem tragizmu Śląska jest z kolei położenie między Polską a Niemcami. Chyba każdy Ślązak zetknął się choć raz w życiu ze strony Polaków z przejawami myślenia "skoro Ślązacy mają tak wiele wspólnego z Niemcami, to ufać im nie można". Trudno dziś jednoznacznie stwierdzić w jakim stopniu animozje polsko-niemieckie wpłynęły na nasilenie animozji polsko-śląskich, bez większego wysiłku możemy jednak wyliczać ofiary śląskiej wielokulturowości. Starsi mieszkańcy katowickiego Nikiszowca dobrze pamiętają swojego farorza Pawła Dudka. Młodsi pewnie niekoniecznie, dlatego warto przypomnieć sylwetkę tego niezwykłego duszpasterza.
"Paweł Dudek, szczupły, krótko ostrzyżony, ascetyczny, to nie prowincjonalny ksiądz, do którego można mówić "farosiczku". Jest uprzejmy, lecz chłodny, dowcipny, lecz po pańsku. Do posiłków pija wino, piwa nie lubi" - w ten sposób opisuje go Małgorzata Szejnert w swojej bestsellerowej monografii Giszowca i Nikiszowca - "Czarny ogród". Zanim trafił na mysłowicką parafię, Dudek ukończył studia teologiczne na Uniwersytecie Wrocławskim, gdzie oprócz spraw religijnych zajmował się także między innymi pedagogiką i historią sztuki. Pochodził z rodziny śląsko-niemieckiej z Gross Rauden (obecnie Rudy Wielkie), jego ojciec był zdunem, zaś dziadek lokajem księcia raciborskiego. Mimo to na studiach ćwiczył się także w wygłaszaniu kazań po polsku, z myślą o przyszłej pracy na którejś z górnośląskich parafii, w tym celu zapisał się nawet do funkcjonującego na wrocławskiej uczelni "Kółka Polskiego".
Wszystko to sprawiło, że Dudek był idealnym kandydatem do objęcia nowej parafii, o którą od wielu już lat upominali się katoliccy mieszkańcy Janowa, Giszowca i Nikiszowca, mając dość pięciokilometrowych wycieczek na msze do Mysłowic. W 1910 jedną z kotłowni kopalni "Giesche" przebudowano na tymczasowy kościół. Budynek ten miał pełnić tą rolę przez kolejne 17 lat. 1 sierpnia 1912 kardynał Jerzy Kopp z Wrocławia oficjalnie erygował nową parafię, mianując Pawła Dudka pierwszym proboszczem. Inauguracyjne kazanie Dudek wygłosił po niemiecku oraz po polsku. Na patronkę parafii wybiera świętą Annę, która swego imienia użycza także świętej górze Górnoślązaków.
Nowy farorz szybko zyskał ogromną popularność wśród mieszkańców - zarówno tych opcji polskiej, jak i niemieckiej. Pamiętający go jeszcze osobiście parafianie, z którymi rozmawialiśmy, wspominają jak to duchowny osobiście brał udział w budowie nowego kościoła, który w końcu został oddany do użytku w roku 1927. Równym szacunkiem jak wśród zwykłych mieszkańców, cieszył się Dudek także wśród miejscowych "grubych ryb", dzięki czemu prędko stał się człowiekiem-instytucją. Mocna pozycja proboszcza i kontakty z ówczesnymi elitami pomogły mu wynegocjować w rozmowach z przedstawicielami Sejmu Śląskiego i wojewody 80 tysięcy złotych pożyczki na dokończenie budowy nowego kościoła. Z kolei kontakty w Niemczech pozwoliły mu nabyć witraże, dzwony, główny ołtarz i inne elementy wystroju świątyni. Nikomu więc do głowy nie przyszło, by postulować zmianę proboszcza po przyłączeniu tej części Górnego Śląska do Polski. Parafia nie odczuła boleśnie zmiany przynależności państwowej w 1922 roku, choć góra, z którą dzieli się patronką została już po drugiej stronie granicy.
Jednak pomimo wielkiej popularności Dudka, on także odczuł zmiany wprowadzone w Polsce sanacyjnej. W roku 1928 nad jego głową po raz pierwszy zaczęły zbierać się czarne chmury. Przedstawiciele polskich organizacji oficjalnie zarzucili farorzowi proniemieckość. Ich zdaniem podczas uroczystości konsekracji nowego kościoła, "nie uwydatniono należycie polskiego charakteru parafii". Nie podobało im się to, że zatrudniony organista nie zagrał ani jednego polskiego utworu, że odpowiednio nie uhonorowano polskich ofiarodawców, że proboszcz odwiedził podczas świąt dzieci niemieckie a nie polskie… Lista zarzutów była oczywiście dłuższa, największe kontrowersje wywoływała jednak chyba osoba brata księdza, Andreasa Dudka, podejrzewanego o szpiegostwo na rzecz Republiki Weimarskiej. Farorz oczywiście wytłumaczył się ze wszystkich oskarżeń, spór został zażegnany, jednak polscy działacze czekali tylko na okazję do ponownego ataku. Irytowało ich, że Dudek wcale nie wstydzi się swoich niemieckich sympatii, w roku 1933 oficjalnie został nawet mianowany prezesem Związku Katolickiej Młodzieży Niemieckiej Diecezji Katowickiej. Kiedy we wrześniu 1939 roku żołnierze niemieccy wkroczyli do Katowic, witał ich jak na Niemca przystało. W specjalnie na tę okazję przygotowanym kazaniu wspomina, że parafia czekała na nich siedemnaście lat. Decyzją biskupa Adamskiego język polski przestaje obowiązywać w górnośląskich kościołach.
Wojenna zawierucha nie oszczędziła parafii świętej Anny. Z wyjątkiem jednego, wszystkie dzwony, z których tak dumny był proboszcz Dudek, zostały przetopione na potrzeby militarne Trzeciej Rzeszy. Prawdziwa tragedia wiąże się jednak dopiero z wkroczeniem do Katowic wojsk polskich i radzieckich. W tym czasie grupa parafian, mszcząc się za odprawiane po niemiecku msze, zabroniła Dudkowi wstępu do kościoła, do którego powstania tak walnie się przyczynił. Zapadła decyzja: proboszcz "ma prawo do dwudziestu kilogramów bagażu i ma się wynosić z kraju". Zbulwersowani parafianie masowo podpisywali się pod listem w obronie swojego farorza - nic to jednak nie pomogło, podobnie jak odwołanie do Kurii Diecezjalnej w Katowicach oraz fakt, że podczas wojny ratował nie raz przed aresztowaniem prześladowanych przez hitlerowców parafian. W wieku sześćdziesięciu siedmiu lat, z których trzydzieści cztery spędził jako proboszcz parafii świętej Anny - Paweł Dudek zmuszony został do emigracji. Osiadł w Westfalii, gdzie objął funkcję duszpasterza w małym szpitalu w diecezji Muenster. Zmarł tam w 1964 roku.
Życiorys Dudka z pewnością mógłby posłużyć za scenariusz do łapiącego za serce melodramatu o miłości duchownego do jego parafian, ciekawie opisującego mroczne czasy, gdy nie potrafiono uszanować kulturowej inności, zaś ważniejsze od tego, kim człowiek jest i czego dokonał było dla szowinistów to, czy jest Ślązakiem opcji polskiej czy niemieckiej. Tylko dlaczego jeszcze dziś można odnieść wrażenie, że nie dla wszystkich te obyczaje odeszły bezpowrotnie do historii?
--------
Tagi:
Kultura i dziedzictwo |
Katowice |
Paweł Dudek |
Nikiszowiec |
farorz |
Małgorzata Szejnert |
Dodaj swój komentarz do tego artykułu.
GFhoSeRh
This is both street smart and ineltligent.
biTZNHAsJslflh
jNPrKs , [url=http://zvfnqcyvvndx.com/]zvfnqcyvvndx[/url], [link=http://yebkzwepsahr.com/]yebkzwepsahr[/link], http://gryhxtewdcvv.com/
SWwIpGcxwe
lehbCj zknoyjtzwkcs
wYruEDArhnukXo
psCPrn , [url=http://atgfzherfkdt.com/]atgfzherfkdt[/url], [link=http://hgytptwfzpvl.com/]hgytptwfzpvl[/link], http://ascvcdatezum.com/