Wszystko sprzysięga się przeciw zieleni. Dawniej był jej przeciwny komunizm. Teraz walczy z nią agresywny biznes. Katowice stają się rezerwatem kiepskich parkingów i jeszcze gorszych trotuarów. A do tego, pasujące jak kwiatek do kożucha, pomniki. Prywatne. Społeczne. Polityczne. Niepotrzebne i w znakomitej większości brzydkie
Przemknąwszy w pewien majowy dzień 2005 roku przez śródmieście Katowic zauważyłem tu i ówdzie skromne afisze zapowiadające uroczyste obchody 140-lecia powstania miasta. Szczególnie nie wczytywałem się w ich treść, zauważając tylko z daleka, że są to tak dobrze mi znane „kalendarze imprez”. Dziwiłem się tylko, bo rocznica powinna się odbywać raczej cztery miesiące później, skoro akt nadania praw miejskich nosi datę 11 września 1865 roku. Inną rzeczą jest, że na herbie miasta widnieje data o cały rok późniejsza, bo zarząd miejski ukonstytuował się dopiero 28 grudnia 1866. Ale rozumiem. Obecne władze wolą pewnie maj. Ja też wolę. Piękny miesiąc, choć do wspomnianej rocznicy ma się jak piernik do wiatraka.
Więc takie to obchody i kalendarz imprez. Bardzo niedokładnie pamiętam obchody stulecia powstania miasta Katowice w 1955 roku, ale dziś myślę, że koń by się z nich uśmiał. Przy tamtej okazji wydano po raz drugi książkę Stanisława Ziemby – Od Katowic do Stalinogrodu, tym razem w czerwonej, bo wcześniej była w szarej płóciennej okładce. W katowickim Teatrze Śląskim oraz Pałacu Młodzieży odbywały się jakieś imprezy „ku czci”. A już rok później nie było Stalinogrodu. Więc znam te rocznicowe sprawy i nie łatwo mnie na nie nabrać, bo to śpiewka stara jak świat: konkursy pieśni przedszkolnej, zawody biegacze po ulicach miasta, dekorowanie domów i wręczanie dyplomów, koncert orkiestry górniczej, wystawy, pogadanki, uroczysta sesja rady miejskiej, połączona z ewentualnym wręczaniem nagród i niewątpliwie z bankietem dla wybrańców.
Ale w tym przypadku doceniam przynajmniej fakt, że zostałem zaproszony na jedną z tych imprez majowych – spotkania pisarzy z czytelnikami, które we współpracy z Miejską Biblioteką Publiczną organizowała Marta Fox. Spotkanie to odbyło się przy pięknej pogodzie wśród drzew. W Parku Kościuszki. Trochę tam pisarzom i czytelnikom zakłócał spokój występ kabaretu, doskonale nagłośniony, lecz wiadomo, Polska na kabarecie stoi. Przy okazji można było zauważyć, że bardzo poprawiła się uroda parku w ostatnich latach. Przypomniałem też sobie, że dozorca kamienicy, gdzie mieszkałem, nigdy Parku Kościuszki nie nazywał inaczej jak tylko Südpark („Tyn zidpark, kaj boł bismarkturm”). Na nie tak znów dawnych planach i mapach Katowic widać jeszcze, że zamiast parku był to dość dziki las brynowski (Brwinower Wald), przynajmniej do czasu, gdy w roku 1801 powstała tam pierwsza w Katowicach kopalnia węgla kamiennego: Beategrube. A węgiel, jak wiadomo, to jest również przedpotopowy produkt lasu.
Więc można uznać, że to święcenie rocznicy powstania miasta wśród drzew nie było najgorszym pomysłem. Śpiewały ptaszki a pisarze zjechali zewsząd, nie mając zresztą pojęcia, że biorą udział w tym wcale nieokrągłym jubileuszu. Zresztą, niewiele tam mieli do roboty, bo zdaje się, że czytelników było tam znacznie mniej niż autorów. Pogadawszy sobie trochę z jednym, drugim i trzecim, siedziałem tam i mogłem rozmyślać o tym kawałku jubileuszowego czasu – to przecież dopiero niecałe półtora wieku!
A teraz apeluję do czytających te słowa; niech spróbują w ogóle sobie uświadomić ten obiektywnie krótki, choć tak bardzo brzemienny okres stu czterdziestu lat, który w przypadku Katowic oznacza „historię miasta”. Istotnie, nie jest ona zbyt długa. Można by powiedzieć – smarkata. Lecz może właśnie z tego powodu, taka zawrotna. Bo jak to w ogóle możliwe, by w kilkanaście dziesięcioleci z pustkowia wykrzesać metropolię? Bo chyba nie przesadzam nazywając Katowice miastem wielkim? Jeśli wziąć pod uwagę, że jeszcze 140 lat temu w naszym mieście linia lasu sięgała do dzisiejszej ulicy Poniatowskiego, a odtąd na północ, aż do obecnego placu Miarki, znajdowały się tylko liczne cegielnie, kamieniołomy i kopalnie piasku, to wystarczy, by doznać zdumienia. A wcześniej, na miejscu, gdzie dzisiaj jest śródmieście, sądząc po tym szkicowym planie terenu z końca XVII wieku, który wcześniej opisałem, były tylko nieużytki, pustkowia i lasy. Bo też przysiółek, który później otrzymał nazwę Katowic, powstał na północnym skraju Puszczy Pszczyńskiej, w miejscu zapomnianym przez ludzi i Boga.
Z tym bogactwem okolicznego drzewostanu wiąże się zapewne jeszcze wcześniejsze powstanie tutaj hut, czy raczej kuźnic, które – zanim do wytopu żelaza i cynku nie wprowadzono węgla kamiennego, a potem koksu – używały węgla drzewnego, którego wyrobem zajmowali się węglarze, zawód dziś całkowicie zaginiony. Urbarz Kuźnicy Boguckiej (Bogutzker Hammer) z roku 1732 wśród tamtejszych zagrodników (die Häuslern) wymienia aż czterech węglarzy (Kohlebrenner), którzy zajmowali się właśnie przemienianiem drewna w węgiel. Do tego celu używano zazwyczaj drewna dębowego (lub bukowego), jako odznaczającego się wysoką kalorycznością.
Lecz według wszelkiego prawdopodobieństwa tutejsze dęby były mizerne i karłowate, a buk był gatunkiem rzadkim i zanikającym. Przerabiano więc liche sosenki na węgiel, przy okazji uzyskując także dziegieć, smołę i terpentynę. Dużo tego drewna trzeba było używać, żeby z tego wyszło niewiele węgla. Więc w miarę jak drzewostan ulegał wytrzebieniu, nieco podupadała tutejsza metalurgia. Słynna Kuźnica Bogucka trwała w stanie upadłości przez 150 lat.
Można się domyślać, że zapotrzebowanie na drewno budowlane w Katowicach również było w całości zaspakajane z miejscowych zasobów. A może nawet więcej, skoro firma braci Goldsteinów, wycinając systematycznie (i za psie pieniądze) tutejszy las i przetwarzając drewno w swoim tartaku, handlowała tym towarem na skalę międzynarodową. Że na tym interesie zarabiali krocie, dzisiaj może świadczyć pałacyk, jaki sobie bracia Goldstein wystawili w 1872 roku (obecnie przy placu Wolności 12a). Ale po wielkim pożarze ich składu drewna, (w roku 1886), który wraz z tartakiem znajdował się na zachodnim końcu ulicy Młyńskiej, zniechęcili się do Katowic. Sprzedali swój interes wraz z pałacykiem i już tu więcej nikt o nich nie słyszał.
Ów las, który na szkicu okolic Katowic jest oznaczony jako Brwinower Wald, był – łatwo się domyślić – lasem mieszanym. Tutejszy klimat sprzyjał plenieniu się niezbyt dorodnych, nieco chorobliwych dębów. A poza nimi – również cherlawe sosny, zapewne wszędobylskie brzozy, malownicze owszem, lecz użyteczne tylko w celach opałowych. Do takich wniosków można dojść przyglądając się resztkom niegdyś rozległej Puszczy Pszczyńskiej, które dziś jeszcze zachowały się na katowickim Muchowcu, lub na terenie ciągnącym się na południe od Giszowca czy Murcek.
Tak to więc wyglądało jeszcze na krótko przed tym, gdy Katowice dosłużyły się praw miejskich – las w niektórych miejscach sięgał niemal do obecnego śródmieścia. W każdym razie dzisiejsze dzielnice: Załęże, Dąb, Bogucice i oczywiście Brynów, były od siebie oddzielone lasem. A samo słowo śródmieście też nie całkiem jest tutaj na miejscu, jako że jeszcze w roku 1850 mieszkały na tym terenie zaledwie nieliczne rodziny zagrodników. Mieli swoje skromne domy wzdłuż brzegów rzeki, wtedy jeszcze nazywającej się Roździanką i wcale im nie przychodziło do głowy, że te ich kruche budowle (stopniowo ryglowane w system uporządkowanych dróg i parcel), zaraz gdy zaczną dojrzewać pomysły założycieli miasta, przemienią wioskę Katowice w miasto. Przed rokiem 1850 ogóle o ulicach jeszcze się nie myślało.
Lecz gdy w końcu zrodziła się myśl, aby właśnie tutaj, na tym gruncie dzikim i marnym, zrobić miasto, powierzono ten problem krótkiej, ale rozważnej medytacji sprowadzonego z głębi Niemiec inżyniera Nottebohma. A ten, rozejrzawszy się po okolicy najdokładniej jak tylko potrafił, wykreślił na planie wszystkie osie ulic. Jasne, funkcjonalne i proste jak strzała. Te swoje innowacje przeciwstawił wijącym się ścieżkom i polnym drogom, aby działały na życie mieszkańców nowoczesną ideą. Czy mieszkający tutaj wieśniacy byli tym zachwyceni, to już inna sprawa, ale my, półtora wieku później, musimy z uznaniem skłonić głowę nad fachowością Nottebohma. Nie na darmo go tu sprowadzono z dalekiego Karlsruhe.
Oczywiście, ten jego plan był znacznie starszy – co najmniej dziesięć lat – niż samo miasto, a w każdym razie wyprzedzał wszelkie miejscowe awanse historyczne i przyznanie Katowicom praw miejskich. Według najlepszych źródeł, Nottebohm musiał tu przebywać i wykonać swoje rysunki mniej więcej w latach 1851-52.
Rówieśnikiem – mniej więcej – tych planów Nottebohma był oczywiście Kościół Ewangelicki (powstał w 1858 roku), wraz ze szkołą, zbudowaną dwa lata później tuż obok kościoła, od której wzięła się nazwa ulicy Szkolnej (Schulstraße). Jakkolwiek w Katowicach przeważała ludność wyznania katolickiego (w 1866 katolików było ponad 3300, podczas gdy ewangelików tylko 880), to katolicki Kościół Mariacki, dzieło Alexisa Langera, rozchwytywanego architekta z Wrocławia, powstał dopiero dwanaście lat później (konsekrowany 20 września 1870 roku). Jego budowę rozpoczęto już w roku 1862, ale jeszcze przed jej zakończeniem, odbywały się tam msze i uroczystości religijne.
Prace budowlane, które trwały nieco dłużej niż przy Kościele Ewangelickim, zakończono w roku 1870. Obie świątynie zostały zbudowane z już wspomnianego dość mizernego i niezbyt trwałego piaskowca, wydobywanego w miejscowych kamieniołomach. Ale sam projekt i rozmach jakim odznaczała się świątynia był imponujący. Prostocie i umiarkowanemu wyrazowi kościoła ewangelickiego, przeciwstawiono wzorcowy neogotyk, z bogatym wystrojem wnętrza, po którym zresztą – wielka szkoda! – nie ma dziś śladu. Nic zatem dziwnego, że właśnie w tym kościele odbyły się uroczystości z okazji przyznania praw miejskich Katowicom.
Wówczas też przed wejściem, na placu kościelnym zasadzono dwa dęby. Drzewa były tradycyjnym dopełnieniem miejskich Katowic, zgodnie z przekonaniem, że obecność zieleni tylko dodaje urody murom budowli. Bardziej niż pomniki, upamiętniały naturę i przeszłość tego miejsca. Kiedy i dlaczego zniknął pierwszy z tych dwóch mariackich dębów? Nie mam pojęcia, bo z wczesnego dzieciństwa pamiętam już tylko pojedyncze drzewo, które zresztą także zostało ścięte pod koniec lat czterdziestych.
Bo też i po roku 1945 zaczęło ubywać drzew przy katowickich ulicach. Także wszystkie zieleńce i zadrzewione place w śródmieściu znalazły się w niełasce. Nowym włodarzom miasta przestało zależeć na jego urodzie. Zresztą jego mieszkańcom również, bo jedni i drudzy byli diabła warci. Skądś ich tutaj przywiał wiatr politycznych awantur. Na fotografiach dawnej Friedrichstraße (ulicy Warszawskiej) można zauważyć bez trudu, że przed każdą kamienicą znajduje się dobrze pielęgnowany ogródek, a wzdłuż całej ulicy rosną regularne drzewa. Ślady po tych zieleńcach pielęgnowanych przed kamienicami widać jeszcze dzisiaj wzdłuż ulicy Sienkiewicza. Trochę też na Podgórnej i w mniejszym stopniu także przy innych ulicach. Osobiście jeszcze pamiętam szeregi drzew wzdłuż całej Młyńskiej. Zresztą, wystarczy spojrzeć na widokówki miasta z tamtych czasów. Poza względami zdrowotnymi, taki stan rzeczy miał upiększać życie mieszkańcom. Ale później piękno utraciło swą cenę i nastały dziesięciolecia brzydoty.
Teraz już się to zdecydowanie zmienia na korzyść, ale przez długie powojenne lata, władze miejskie wolały by nad zielenią górowała czerwień. Sztandary, transparenty, plakaty polityczne były wszechobecne, podobnie jak dzisiaj bilbordy, reklamy i agresywna informacja komercyjna. Jedynymi wyjątkami tej powojennej epoki były nieliczne place śródmiejskie i pojedyncze okazy drzew. A poza tym – mury, mury, mury. Brudne ulice, zaniedbane podwórka, zapuszczone kamienice. Gdzieś na obrzeżach powstawały tak zwane budowle socjalizmu; Koszutka, Ligota, Bytków, osiedla Tysiąclecia i Paderewskiego, ale sam rdzeń Katowic, jako pomnik wielonarodowej przeszłości, którą należy zamazać, jakby się zmagał z już orzeczonym wyrokiem śmierci.
Gdy dziś myślę o tym dawnym zadrzewieniu miasta, nie miałbym nic przeciw temu by Katowice przypomniały sobie, że jeszcze tak niedawno, nieco ponad półtora stulecia temu, były nieznacznie zamieszkałym przez ludzi lasem. A może nawet, żeby stały się na powrót miastem drzew. Tak jak to niegdyś było. Ale nie. Na razie nie zanosi się na nic takiego. Dalej wszystko sprzysięga się przeciw zieleni. Dawniej był jej przeciwny komunizm. Teraz walczy z nią agresywny biznes. Katowice stają się rezerwatem kiepskich parkingów i jeszcze gorszych trotuarów. A do tego, pasujące jak kwiatek do kożucha, pomniki. Prywatne. Społeczne. Polityczne. Niepotrzebne i w znakomitej większości brzydkie.
--------
Tagi:
Kultura i dziedzictwo |
Katowice |
historia |
1865 |
Dodaj swój komentarz do tego artykułu.
Lubię Katowice, Brynów i okolice ulicy Ceglanej są zielone. Ładnie tam jest nie wiem o co ci czlowieku chodzi.
Jak nie wiesz, to spójrz na stare fotografie ścisłego centrum.
Jorg, ale gdzie Brynów a gdzie tereny obecnego centrum, które pierwotnie tworzyły miasto Katowice. Jeśli spojrzysz na stare zdjęcia, których w sieci jest wiele, dostrzeżesz o czym pisze Henryk Waniek.
Pomnik Ziętka to prywata p. Kutza ?
Dawno istniał ten katowicki problem.Obliczano,że przeciętny pomnik stoi w Katowicach 25 lat,bo pomniki zawsze muszą być aktualne!Tutaj nic nie szkodzi,że pomnik jest brzydki,ważne by był patriotyczny.
Wydział Kształtowania Środowiska Urzędu Miasta Katowice to urzędniczyny, które seryjnie wydają zgodę na wycinkę drzew pod byle pretekstem. Drżą tylko o swoje stołki, bojąc się bosów ze spółdzielni mieszkaniowych, biznesu i w ogóle każdego. W takiej sytuacji zieleń długo się nie utrzyma w tym mieście. Zwłaszcza, że każdy idiota może bezkarnie dewastować drzewa przez ich przycinanie. Nie liczcie, że te urzędniczyny kiwną palcem w ich obronie.