Friedrich Wilhelm Kuhnert: Śląski malarz

Nasze tradycje – wigilia

23DEC

Od połowy listopada znajdujemy już na sklepowych wystawach przystrojone choinki, na półkach handlowcy już umieszczają towary, oznaczane jako świąteczna oferta. W „Biedronce” znalazłem nawet folderek, zatytułowany „Magia polskich świąt”. W środku opisy kilku potraw i napojów, a wśród nich…Coca Cola.

Od połowy listopada znajdujemy już na sklepowych wystawach przystrojone choinki, na półkach handlowcy już umieszczają towary, oznaczane jako świąteczna oferta. W „Biedronce” znalazłem nawet folderek, zatytułowany „Magia polskich świąt”. W środku opisy kilku potraw i napojów, a wśród nich…Coca Cola. Lada dzień usłyszymy w sklepach kolędy, mające nas skłonić do sypnięcia groszem. Ze Świąt Bożego Narodzenia usiłuje się uczynić wydarzenie handlowe. Nikt nie pamięta już, jak podczas I wojny światowej żołnierze walczących ze sobą stron w wigilijny wieczór wychodzili z okopów, by przełamać się opłatkiem. Wiedzieli przecież, co dla każdego znaczy rodzina. Na szczęście też w śląskich domach tradycje są pielęgnowane i przechowywane jak najdroższe skarby. Tylko dzięki tradycjom zachowujemy przecież naszą śląską tożsamość. Jak przeżywane były (i są) święta w moim domu?

Dzisiaj mało kto zdaje sobie sprawę, że są one poprzedzone okresem oczekiwania zwanym adwentem. Dla dorosłego to tylko kilka tygodni – jednak dla dziecka czas ten dłużył się wprost niemiłosiernie. Prawdziwa pamiątka po tych 4 tysiącach lat czekania Izraelitów na Mesjasza. Oczekiwanie było „wspomagane” kilkoma wymogami. Należało chodzić na roraty. Szliśmy do kościoła wcześnie, każde z lampionem w ręku, nie zważając na śnieg czy mróz. I robiliśmy to chętnie – wiedzieliśmy, że nagroda spotka nas pod choinką. 6 grudnia to dzień św. Mikołaja. Rolę świętego odgrywał znakomicie dziadek. Grzeszników lekko karcił rózgą, sprawdzał umiejętność modlenia się, i obdarzał nas słodyczami. Kiedy go zabrakło – słodycze znajdywaliśmy rano w naszych czapkach, pozostawionych w tym celu na parapecie. Mikołaj robił jeszcze jedno: zabierał nasze listy pisane do Dzieciątka, w których precyzowaliśmy co chcielibyśmy znaleźć pod choinką. Podczas adwentu nie należało też spożywać słodyczy (za wyjątkiem 6 grudnia). To zadanie było zresztą uzasadnione: słodycze czy pomarańcze nie leżały na sklepowych półkach jak dzisiaj. Należało je wystać w długich kolejkach. Równie długo (nieraz całą noc) tata stał w kolejce po karpia! W przeddzień wigilii zaczynał się uświęcony tradycją rytuał. Mama moczyła już piernik do moczki i suszone grzyby. Tata nas przestrzegał, by nazajutrz starać się być dobrym dla siebie nawzajem, nie psocić – bo to co robimy w wigilię będzie się za nami ciągnęło przez cały rok. A dom zaczynał się wypełniać niezwykłymi zapachami. W sam dzień wigilii emisja zapachów z kuchni osiągała apogeum – żołądki wypełnione tylko bułką (obowiązywał ścisły post) zaczynały „grać” swoje koncerty. Podczas kiedy mama tłukła konopie na siemieniotkę, gotowała kapustę, mak do makówek, obierała migdały i orzechy – my pomagaliśmy tacie (o ile już wrócił z pracy) stroić choinkę. Bombki z należytym im „nabożeństwem” wyjmowaliśmy z tajemniczych pudełek skrzętnie ukrywanych przez cały rok na strychu. Próba lampek – do tych kolorów świeciły aż nasze oczy, ale tata od razu je gasił – zapali je dopiero po kolacji. Obok obowiązkowo stawała betlyjka – wszystkie figurki oprócz Dzieciątka i trzech króli. Podczas kiedy już mama smażyła rybę – my wszyscy braliśmy po kolei kąpiel. W tym czasie tata wyszukiwał w radiu stacji niemieckich – nadawały już kolędy. Taka kolęda słyszana na falach średnich lub krótkich potęgowała niesamowicie nastrój oczekiwania i odświętności. Ubrani w odświętne już stroje patrzyliśmy w okna wypatrując pierwszej gwiazdki – kiedy zaświeciła (dziś wiem, że to Wenus) zasiadaliśmy w końcu do stołu. Każdy pod swoim talerzem chował kilka monet – żeby nam ich w ciągu roku nie brakło. Oczywiście nie można było też zapomnieć o dodatkowym nakryciu dla niespodziewanego gościa. Po modlitwie, odczytaniu ewangelii i podzieleniu się opłatkiem już nikt poza mamą nie miał prawa wstać. Po wieczerzy należało bardzo spokojnie siedzieć – wtedy tata zdmuchiwał płomień świecy a my obserwowaliśmy w którą to stronę poleci dym. Jeżeli prosto w górę – wróżyło to zdrowie i ogólnie dobry rok. Zawsze leciał w górę. Potem tata zbierał ości, po kawałku z każdej potrawy i wrzucał je do pieca – żeby nas nie spalił, a dobrze grzał i gotował dobre jedzenie. Następnie tata wychodził do pokoju z choinką, zapalał na niej lampki i uchylał lekko okno – robił drogę dla Dzieciątka z prezentami. Wracał do nas i wspólnie śpiewaliśmy pierwszą kolędę. Celebrował tak chwilę, kiedy to wpuści nas do pokoju i będziemy się wspólnie cieszyć: on z tego że daje, a my z tego że dostajemy prezenty. Długie tygodnie oczekiwania osiągały wreszcie swój zenit: tata komunikuje nam, że w betlyjce już leży Dzieciątko więc można wchodzić do pokoju. W tym momencie doznajemy już niemal uczucia nirwany. Pod choinką upragnione prezenty. Niemal zawsze zgodne z naszymi życzeniami. Przychodzili potem dziadkowie – dziadek grał kolędy na harmonice (harmonia) a my śpiewaliśmy i śpiewaliśmy… Tak sobie myślę, że dzisiaj osiągnięcie takiego stanu duchowego nie jest możliwe. Kolędy słyszymy w sklepach już w listopadzie, mało jest rzeczy „niezdobywalnych”, wszystko związane ze świętami uległo jakiejś pauperyzacji. Szkoda. Czasem patrząc w skrzącą się bombkę na choince odnajduję gdzieś głęboko w sobie ślady tych przeżyć w postaci zacierających się wspomnień.

Jeżeli w domu była panna na wydaniu – powinna teraz pozamiatać podłogę, a śmieci wynieść na dwór. Powinna na nich stanąć i słuchać … Z której strony usłyszy psa – z tej strony przypadnie jej kawaler. I wiecie co? Sprawdzało się. Na koniec mama wynosiła z kuchni garnki z potrawami (musiały wystarczyć jeszcze na świąteczny obiad) i stawiała je na schodach w sieni – tam było chłodno, a lodówki jeszcze nie mieliśmy. Jako małe dzieci szliśmy potem spać, a kiedy byliśmy już starsi – szliśmy na pasterkę. Wspomnę jeszcze jeden, aczkolwiek nieformalny zwyczaj: do naszych ulubionych zajęć należało wyjadanie z wyniesionych garnków kawałków ryby, makówek czy grzybów z kapusty. Ich smak jest niezapomniany.

6 stycznia w betlyjce pojawiali się trzej królowie. Odwiedzał nas też naprawdę oczekiwany gość – ksiądz z kolędą. Później, kiedy kościół obchodzi święto cudu w Kanie Galilejskiej dziadek przynosił rodzicom butelkę wina własnej roboty – przyznaję, że maczaliśmy też w tym smacznym napoju małe paluszki. W święto Matki Bożej Gromnicznej ozdoby choinkowe i betlyjka wędrowały pieczołowicie pakowane na strych. Do zobaczenia za rok …

Należy w tym miejscu zaznaczyć, że o wiele bardziej logiczne niż zwyczaje „mikołajkowe”- otrzymywanie prezentów od Dzieciątka jest zwyczajem pochodzącym z Czech. Dzisiejsze obarczanie tym na wzór amerykański Świętego Mikołaja wydaje się czymś kuriozalnym – a jednocześnie świadczącym o odrębności Ślązaków jako narodu. Choinka zaś zawitała pod nasze dachy na przełomie XIX i XX wieku z Niemiec – wcześniej jej rolę pełniły podłaźniczki zawieszane pod sufitem. W najbiedniejszych czasach kryzysów gospodarczych rolę wigilijnej ryby pełnił czasem śledź – karp lub szczupak był zbyt drogi.

Szczupak (udowadniał to mój pradziadek) zawiera w sobie pewną tajemnicę: otóż pewne jego ości przybierają kształty wszystkich narzędzi męki Pańskiej – są tam krzyż, drabina, gwoździe, młotek, włócznia, bicze i liczne ciernie. Wróży to niestety nowonarodzonemu Dzieciątku sposób, w jaki nas zbawi. A stanie się to niedługo, kiedy nadejdą kolejne święta.

--------
Tagi: Kultura i dziedzictwo | Boże Narodzenie | wigilia | Coca-cola | św. Mikołaj | święta |

Komentarze (4)

Dodaj swój komentarz do tego artykułu.

spadkobierca napisał(a):


Pan Smolorz smoli gupoty. Na Ponewniku jedli śledzie jak była łokropno biyda. U nos tyż!

hanys i cider z piekor napisał(a):


Drogi panie Kolodzieju, opisana tradycja, poza szczupakiem,
pokrywa sie we 100 procentach z moimi wspomnieniami. Serdeczne dzieki za opisanie tej slonskiej tradycjii!!!

pipi43 napisał(a):


W świątecznej Wyborczej M. Smolorz twierdzi, że "...karp wigilijny to wynalazek komunistów, który nie ma nic wspólnego ze śląską kuchnią świąteczną. U nas rybą wigilijną od początku XIX wieku był śledź..."
Ponadto "nie jest naszą tradycją zostawianie pustego miejsca przy stole...".
Czytałam gdzieś zresztą, że to puste miejsce to dla dusz zmarłych przodków.

l,,l;,;l,; napisał(a):

zal
ggfdgdfgfdsgswrtewttgfdgdfgfgsrygdfshtrdfsgblafgvbjhfbfhfhhfhfhffhfs;ss;s;;s;blblblbllblblblblbllblblblblblbdjgbkldfhgkjaergukeufterteuiltgeuitfgbierutfgerilaw

Dodaj komentarz

Wszystkie pola są obowiązkowe.

Twoje imie:
Twój mail:
Tytuł komentarza:
Komentarz:
Wynik równania: 5 * 5 = ?