Historia
Ziemia pszczyńska
24 października 2007
0

Ziemia pszczyńska – taki tytuł nosi najnowsza publikacja wydana właśnie przez Muzeum Śląskie w Katowicach. Promocja tomu, który ukazał się (jako trzeci) w ramach serii “Śląskie Prace Etnograficzne” miała miejsce 8 września w tyskim Muzeum Miejskim.

W czasie spotkania z autorami wywiązała się interesująca dyskusja, podczas której redaktor książki, doktor Maria Lipok-Bierwiaczonek oraz jej współautor, poseł Alojzy Lysko, co rusz musieli przekonywać niedowierzającego w istnienie czegoś takiego, jak ziemia pszczyńska Bogdana Preisa – dziennikarza prowadzącego ową imprezę.

Skąd wzięły się wątpliwości publicysty? Ano stąd, iż dziś praktycznie żaden z mieszkańców Mikołowa, Mysłowic, Tychów, Lędzin, czy Bierunia nie powie o sobie, że mieszka na ziemi pszczyńskiej. Obszar ten owszem, był właściwie całością od XIII do połowy XX wieku, ale kolejne decyzje PRL-owskich władz centralnych i podziały administracyjne spowodowały, iż mało kto myśli dziś o tym mini-regionie jak o wspólnocie kulturowo-historycznej.

– Przez lata dokonywało się rozmywanie świadomości regionalnej – naszym zadaniem jest jej ponowne rozbudzanie, przypominanie. Dzięki takim wydawnictwom jak to, edukacja regionalna jest czymś żywym i namacalnym – dowodził Alojzy Lysko. Podobnego zdania był doktor Jerzy Polak, autor znakomitego tekstu o działalności gospodarczej książąt pszczyńskich, także umieszczonego w omawianej książce, który stwierdził, iż:

– Warto wracać do historii. W tak zwanej “Europie regionów” elementy kultury regionalnej są odpowiedzią i najlepszym lekarstwem na postępującą, często popkulturowo-płytką globalizację.

Niewątpliwie warto wracać dziś do opisywanych w poszczególnych rozdziałach książki tradycji, pieśni ludowych, obyczajów, czy obrzędów, ale publikacja ta przywodzi na myśl także refleksję nieco innej natury. Ziemia pszczyńska to prawdziwa kopalnia, skarbnica historycznych wydarzeń i niezwykle interesujących symboli regionalnych. Tymczasem praktycznie w ogóle nie funkcjonują one w dzisiejszym medialnym dyskursie dotyczącym kultury i przeszłości Śląska.

“Gazeta Wyborcza” robi kawał świetnej roboty wypuszczając co tydzień kolejne zeszyty “Śląskich Skarbów”, czy też drukując liczne wypowiedzi autorytetów w sprawie uczynienia z familoków na Nikiszowcu atrakcji turystycznej na skalę europejską. Ale czy “pszczyński dorobek regionu” nie jest w związku z tym trochę zapomniany? Gdzieś tam mignie pszczyński żubr na okładce zeszytu o przyrodzie, gdzieś pojawi się zamek Hochbergów, ale prawda jest taka, że to raczej przemysłowe dziedzictwo Śląska (z kopalniami, hałdami i wspomnianymi familokami) jest obecnie na pierwszym planie.

Opisujący wystawę sztuki w Mysłowickim Centrum Kultury Łukasz Kałębasiak z katowickiej “Wyborczej” (mowa o artykule “Śląska nie odczarujesz” z 29. VIII. 2007, str. 5) dziwił się, że współcześni artyści, gdy za temat swych prac obierają Śląsk “na każdym kroku potwierdzają tylko, że jesteśmy dla nich górniczym skansenem”, zaś jeden z jego rozmówców wtórował mu mówiąc, iż: “większość z tych artystów odbiera Śląsk przez pryzmat kopalń, rozegranych tam tragedii i architektury, która zatrzymała się gdzieś w latach 70” – czy można ten sposób myślenia o Śląsku zmienić? Mam wrażenie, że gdyby zacząć lansować “pszczyńskie” symbole regionu, być może byłaby na to szansa. Jakie symbole mam na myśli? Już odpowiadam…

– Miał zieloną kamizelkę, myśliwski kapelusz z kaczym piórkiem, świdrujące oczy i lekko utykał na lewą nogę – tak scharakteryzował diabła, przebranego za gajowego w “Bajkach czeskich” Jan Drda. Nie inaczej przedstawił go Roman Nyga na ilustracji w “Duchach i duszkach bojszowskich” autorstwa cytowanego tu już Alojzego Lyski. Motyw leśniczego (nie ważne już – diabolicznego, czy pomocnego) spotykamy i w niemieckim romantyzmie baśni braci Grimm i w podaniach naszych południowych sąsiadów i w bojkach zarówno tych z Górnego, jak i z Dolnego Śląska. Dowodzi to dawnej przynależności Śląska do tego samego kręgu kulturowego, do którego należały Czechy i Niemcy i świadczy o nieco innej, malowniczej przeszłości naszego regionu.

Wszak to właśnie książę pszczyński pełnił w połowie XIX wieku funkcję Wielkiego Łowczego Rzeszy, to do jego lasów na polowania zjeżdżali cesarze niemieccy i car Aleksander II, to w jego, wybudowanym z tzw. muru pruskiego urokliwym zameczku w Promnicach gościł Wilhelm II, który potem, w czasie I wojny światowej właśnie w Pszczynie ulokował swoją Kwaterę Główną, zaś myśliwski róg widnieje po dziś dzień w herbie miasta Tychy.

Wszystkie te fakty potwierdzają chyba słuszność tezy, iż barwna historia ziemi pszczyńskiej warta jest przypominania i kultywowania, a już epoka wyrafinowanych, arystokratycznych polowań na żubry, sarny i bażanty zasługuje na to bez wątpienia – bo niby czymże różni się bawarski Jäger, czy czeski gajowy od “leśnych” księcia pszczyńskiego, których zresztą obejrzeć możemy na fotografii zamieszczonej w aneksie do książki.

W tymże samym aneksie z myśliwcami sąsiaduje inny symbol regionu – utopiec. Przed kilkoma laty doczekał się on swojego pomnika-fontanny na bieruńskim rynku (kapitalny projekt goczałkowickiego rzeźbiarza Stanisława Hochuła), ale jakoś wciąż nie może dostąpić powrotu do panteonu promowanych obecnie, a dzięki temu rozpoznawalnych symboli regionalnych. Owszem, zawsze można stwierdzić, że np. podania o Paterplesie (królu utopców pszczyńskich) to relikt kultury ludowej i nie ma co do nich powracać w XXI wieku. Przez ostatnie dwa stulecia badacze i folkloryści zrobili swoje, pospisywali, co ciekawsze opowieści i “styknie”… Czy aby na pewno? Wszak postacie z bajek przywoływanych już braci Grimm nadal mają się świetnie (nieustannie przewijają się w kolejnych częściach amerykańskiego “Shreka”, czy w niemieckich “7 krasnoludkach”, w których do łask wróciła nawet dawno nie oglądana na naszych kinowych ekranach poetyka heimat-fimu). Czemu więc nasze utopce, diobły, straszki, stworoczki i zmory miałyby odejść w zapomnienie?

Na wysokobudżetowy film, czy animację o śląskich stworzeniach bajkowych rzecz jasna nie ma póki co szans, ale być może większa wiedza w tej dziedzinie i ich popularyzacja co nieco mogłaby jednak zmienić. Przykładowo pisarz i felietonista Feliks W. Kres na łamach katowickiego miesięcznika “Science-Fiction” (o którym też piszemy w tym numerze) nieustannie musi zmagać się z początkującymi adeptami sztuki pisarskiej, którzy zapatrzeni w fenomen “Władcy pierścieni” bez końca powielają w swoich opowiadaniach fantasy opisy skandynawskich elfów i krasnoludów. Być może, gdyby mieli świadomość istnienia równie złośliwego, demonicznego i szkaradnego utopca, to jego obraliby sobie na bohatera swoich nowelek i prób literackich, miast kalkować pomysły Tolkiena sprzed lat.

Nie da się tej spuściźnie lokalnej od razu przywrócić właściwego znaczenia, ale jak powiedział (w odniesieniu do problemu edukacji regionalnej) obecny na spotkaniu w Tychach doktor Jan M. Waga z Uniwersytetu Śląskiego: “powoli róbmy swoje i bądźmy optymistami”. Publikacja o ziemi pszczyńskiej pod redakcją Marii Lipok-Bierwiaczonek bez wątpienia jest kolejnym krokiem w tym kierunku. Oby było ich coraz więcej.

Piotr Drzyzga

Źródło: Jaskółka Śląska

Comments

comments