Historia
Byłem w Kriegsmarine?
1 maja 2012
0

 

„Było prorokowane, że po niebie bydą lotać żelazne ptoki…”

Chociaż szkołę powszechną skończyłem w 1940 roku, to beztroskie szkolne życie, zakończył definitywnie wrzesień 1939, którego wszyscy oczekiwali. Jedni ze strachem, inni z ciekawością, ale wszystkich jednakowo i skrupulatnie, przygotowywała na te wydarzenia państwowa propaganda. Zaskoczeniem była tylko sama data wybuchu wojny.                                                                                                                                                 1 września 1939 roku poszedłem razem z mamą na ranną mszę do kościoła. Jedno, co mnie wtedy zaskoczyło, to samoloty, które w dużych ilościach niespodziewanie pojawiły się na niebie.  Starsza kobieta stojąca nieopodal kościoła, który akurat mijaliśmy, patrząc na niebo pełne samolotów mruczała sama do sobie pod nosem: „ Było prorokowane, że po niebie bydą lotać żelazne ptoki, kere ludzi bydą śmiertelnie dziubać”. Te słowa miały niestety okazać się prawdą. Po mszy, biegnąc, znalazłem się w domu.  O wojnie dowiedziałem się całkiem przypadkowo od jadącego na rowerze mężczyzny, który na przemian wykrzykiwał:  Ludzie wojna! Wojna ludzie! Bezpiecznie było, żeby się dzieci nie błąkały się bez opieki, dlatego cały dzień przesiedziałem na płocie, obserwując wojsko niemieckie przeciągające przez Bełk w kierunku wschodnim. A widok był imponujący, szczególnie dla kogoś takiego jak ja, który w swoim dotychczasowym życiu, nie widział większej grupy ludzi, jak dwadzieścia parę osób, czyli tyle, ile liczyła moja klasa. 

 

bylem  w kriegsmarine

 Holandia

 

Gdy w 1940 r. skończyłem szkołę powszechną, natychmiast zostałem przyjęty do pracy, na kopalnię „Dębieńsko” jako młodociany z możliwością dalszej nauki w szkole zawodowej w Rybniku. Na kopalni za długo nie popracowałem. Gdy skończyłem 17 lat uroczyście wręczono mi powołanie do wojska – dokładnie do Kriegsmarine. Po dość szczegółowych badaniach lekarskich, w wyniku, których stwierdzono, że nadaję się do służby morskiej, zostałem skierowany na szkolenie ogólno wojskowe na terenie Niderlandów w mieście Leewaurden, gdzie zostaliśmy zakwaterowani w budynkach byłej szkoły. W Holandii byłem trzy miesiące, gdzie wbijano mi do głowy podstawy służby wojskowej. Tamten okres wspominam bardzo ciepło. Mimo że jako jedyny pochodziłem z Górnego Śląska, natychmiast zostałem zaakceptowany przez resztę moich kolegów. Na tak sympatyczną i koleżeńską atmosferę, niewątpliwie wpływało wiele czynników, ale decydujące było to, że wszyscy rekruci byli moimi rówieśnikami – jednakowo młodzi i jednakowo lekkomyślni, w stosunku do tego, co nas czekało.

Po trzech miesiącach szkolenia rekruckiego zaczęto nas posyłać na różne szkolenia specjalistyczne. Ja zostałem zakwalifikowany na półroczny kurs sygnalistów okrętowych i wysłany do szkoły sygnalistów, która się mieściła w Waren nad jeziorem Muritz, na terenach Pojezierza Meklemburskiego. Wszystko, czego nas tam uczono, bardzo mnie interesowało. Prawdopodobnie, dlatego skończyłem szkolenie z wyróżnieniem, które obligatoryjnie gwarantowało skierowanie w przyszłości na kurs podoficerski.

Mój pierwszy i ostatni okręt

Po zakończeniu kursu, już jako marynarz, otrzymałem rozkaz zaokrętowania się w trybie natychmiastowym na okręt wojenny AF-7 w charakterze sygnalisty. Była to jednostka przeznaczona do zwalczania samolotów, i wchodziła w skład flotylli bazującej w Le Havre, (Francja), skąd przy dobrej pogodzie można było dostrzec po drugiej stronie kanału La Manche angielski port Portsmouth. Okręt, na którym rozpocząłem służbę nie był wielką jednostką (60 osób załogi), ale za to szybką i łatwą w manewrowaniu, co było niezmiernie istotne w walce z lotnictwem alianckim, które miało zwyczaj atakować dużym zgrupowaniem samotną jednostkę. Nie mniej istotne było uzbrojenie naszego okrętu, mogące być zabójczym dla każdego samolotu: jedno działo 53mm, jedno działko 37mm, dwa działka czterolufowe 20mm, dwa działka sprzężone 20mm i karabin maszynowy 20mm. Oprócz mnie, załoga była w całości niemiecka, czego nie żałuję, bo mogłem doszlifować język i jeśli jeszcze do tego dodam świetne wyżywienie, ciekawą służbę oraz malownicze otoczenie to pozostawało żyć i nie myśleć o wojnie. Ze względu na funkcję (mój poprzednik poległ), którą pełniłem na okręcie, moje stanowisko znajdowało się w bezpośredniej bliskości dowódcy – na mostku kapitańskim, z którego odbierałem i wysyłałem rozkazy jak i inne sygnały.  

Na akcje bojowe wychodziliśmy codziennie nocą w asyście innych jednostek bojowych dlatego że wtedy wyrównywały się szanse podczas kontaktu bojowego z samolotami wroga. Na 100 wyjść z portu 90 kończyło się walką, która jak każda walka obfitowała w dramatyczne sytuacje, kiedy morze kipiało a ciemności były rżnięte pociskami smugowymi wypluwanymi przez lufy dział. Bitwa morska, szczególnie ta rozgrywana nocą, posiadała swoją niepowtarzalną specyfikę, kiedy w powietrzu krzyżowały się tysiące pocisków i tylko po kolorach można było rozróżnić źródło pochodzenia, pociski smugowe niemieckie miały inny kolor niż alianckie. Dla zupełnie postronnego obserwatora bitwa mogła wyglądać jak sylwestrowe fajerwerki z setkami snujących się po niebie różnokolorowych koralików. Pod warunkiem, że zapomniał, iż każdy z tych koralików to posłaniec śmierci.

Zdarzyło mi się, i to nie raz, obserwować samoloty alianckie, które nadlatywały, żeby nas zatopić, a zestrzelone kończyły swój żywot w głębinach oceanu. Widziałem również i nasze okręty zdewastowane przez bomby i pociski z trudem dryfujące w kierunku portu.

Dzisiaj mam już bardziej ambiwalentny stosunek do tamtych wydarzeń, natomiast wtedy każdy zestrzelony wrogi samolot budził wielki entuzjazm, który był ze wszech miar uzasadniony,gdyż każdy aliancki samolot dla nas marynarzy, mógł być zwiastunem katastrofy. Moja jednostka pomimo wielu trafień, szczęśliwie to znaczy bez strat wracała z każdej akcji. Podczas jednego z ostatnich rejsów bojowych, na krótko przed inwazją aliantów, byliśmy wyjątkowo zajadle atakowani przez kilka bombowców i jeden wybuch blisko okrętu spowodował, że spadłem z mostku i uszkodziłem nogę, ale w szpitalu w Cale naprawiono ją po paru dniach.

W obozie jenieckim

Po lądowaniu aliantów w czerwcu 1944 roku, w miarę postępów ich ofensywy, zaczęliśmy się wycofywać morzem w kierunku naszych macierzystych tj. niemieckich portów. Ostatnim docelowym portem, gdzie zastał nas koniec wojny, był duży port wojenny Cuxhaven, leżący blisko Szlezwiku – Holsztynu.

Wojna skończyła się na początku maja. Natomiast dopiero na początku czerwca, zjawili się na naszym okręcie angielscy oficerowie i starali się nas nakłonić do rejsu okrętem do Anglii, ale cała nasza załoga odmówiła i zeszła na ląd oficjalnie oddając się do niewoli. Już jako jeńcy wojenni zostaliśmy przetransportowani na pobliski Szlezwik – Holsztyn i rozlokowani wśród okolicznych Baerów. Dopiero wtedy okazało się, że wszystkie gospodarstwa zapełnione są jeńcami różnych formacji i różnej narodowości. W tym zaimprowizowanym obozie jenieckim, jakim stał się Szlezwik Holsztyn, zaczęto wnet dzielić się na poszczególne grupy narodowe. I tak Niemcy osobno, Polacy ze sobą i my Ślązacy też zaczęliśmy trzymać się razem na boku. Już nie pamiętam, jaki to był miesiąc, kiedy pojawili się miedzy nami polscy oficerowie od Andersa i zaczęli agitować, żeby zapisywać się do wyjazdu na wojnę gdzieś w Azji. Z tego, co wiem, to ich po prostu wyśmiano.

 

Ucieczka

Nasza sytuacja żywnościowa jako jeńców nie wyglądała za dobrze. Dużo się nie pomylę, jeśli ją określę jako zbliżoną do głodowej. Pociechą było, że nas prawie nikt nie pilnował i tą sytuację razem kolegami postanowiłem wykorzystać „przedwcześnie opuszczając obóz”. Myślę, że o naszej ucieczce pilnujący dobrze wiedzieli i nawet się cieszyli, że ubyło parę gęb do wyżywienia. I tak rozpoczęła się moja wędrówka i trzech moich towarzyszy przez zniszczone Niemcy w kierunku ojczystego domu.

Na krótko po opuszczeniu naszego przymusowego zakwaterowania, trafiliśmy na samochód ciężarowy, którego kierowca był na tyle dobry, że podwiózł nas parędziesiąt kilometrów. Potem już tylko pieszo lub przypadkową furmanką. Tereny, przez które wędrowaliśmy, były bardzo zniszczone i wyjałowione, jak po przejściu monstrualnej szarańczy, z drzewami oblepionymi kartkami informującymi, że ktoś żyje i gdzie się znajduje. Brakowało wtedy wszystkiego, a najbardziej odczuwano brak żywności. Ale jak to bywa w tak ciężkich czasach, ludzie stają się bardziej życzliwi i otwarci, czego doświadczyliśmy na własnej skórze. Dokąd byśmy nie przyszli, wszędzie dzielono się z nami resztkami pożywienia.

Gorąca linia demarkacyjna

Po kilkunastu dniach wędrówki dotarliśmy do linii demarkacyjnej dzielącej Niemcy na dwie części, która od strony zachodniej w zasadzie nie była pilnowana, ale po przeciwnej stronie stali radzieccy żołnierze i strzelali do każdego, kto próbował ją nielegalnie przekroczyć.

Przy tak gorących miejscach zawsze kręcą się różne ludzkie indywidua jak szabrownicy i przemytnicy szukający łatwego zysku i dzięki takiemu człowiekowi, który przeprowadził nas swoimi tajnymi ścieżkami, znaleźliśmy się w sowieckiej strefie okupacyjnej. Za wszelką cenę unikając kontaktu z radzieckimi żołnierzami udało nam się dotrzeć samochodem do Magdeburga, gdzie okazało się, że kolejną granicę już Polską możemy przejść po uzyskaniu dokumentów wydawanych w ambasadzie w Dreźnie.

Drezno było dużym miastem, w połowie spopielonym alianckim fosforem, a w połowie tylko zniszczonym. Ambasada polska była miejscem, w którym panował nieopisany bałagan i zamęt z panoszącymi się na każdym kroku, niekompetentnymi, wyniosłymi ludźmi udającymi urzędników. Po kilku dniach wyczekiwania udało nam się otrzymać potrzebne dokumenty, uprawniające do wjazdu na teren Polski.

Powrót do domu

Do granicznego miast Forst, które okazało się zupełnie opustoszałe, dotarliśmy pieszo.   Oczekując na jakiś pociąg, miałem dość czasu, aby zaobserwować zachowanie żołnierzy polskich, którym wyznaczono rolę tzw. celników. Dzisiaj może się  to wydać  absurdalne, ale rola tych pseudo celników, sprowadzała się do okradania ludzi, którzy w ogromnych transportach, jako „wysiedleńcy”,  wyjeżdżali do Niemiec z nowo nabytych przez Polskę terenów. Ci nieszczęśliwi ludzie, których pozbawiono mienia, byli dodatkowo rabowani z tego, co zdołali uratować i aby ich jeszcze bardziej upodlić, musieli swoje bezprawnie zarekwirowane rzeczy zanosić do specjalnie na ten cel przygotowanego wagonu – „ składnicy łupów” jak eufemistycznie nazywali go ci celnicy. Po paru dniach oczekiwania zjawił się pociąg towarowy do Katowic, którym szczęśliwie dojechałem na Śląsk, a z Katowic już normalnym pociągiem do Czerwionki.

Gdy dotarłem do domu, zastałem tylko matkę, która już wiedziała, że żyję, ponieważ taką informację przekazali jej koledzy, którzy wrócili przede mną. 

Ojca jeszcze dosyć długo nie było w domu, gdyż jak zaznaczyłem wcześniej, ubabrał się w polityczną kabałę, tzn. należał do NSDAP i za to został w 1945 r. – razem ze swoim bratem – deportowany do ZSRR. Z zesłania wrócił już sam, bo brat umarł mu na rękach w Rosji. Potem został jeszcze raz za to samo uwięziony w Rawiczu. Ja, w przeciwieństwie do ojca, starałem się trzymać z daleka od tego typu spraw, dzięki czemu przeżyłem swoje dotychczasowe życie bezpiecznie.

Oprac. Marian Kulik.

Comments

comments