Historia
Synek z Biertutów
18 lipca 2013
0

Pan Emil o sobie.                                                                 

Urodziłem się w 1923 r. jako piąte dziecko. Po mnie urodziła się jeszcze trójka. Tak, że w sumie było nas ośmioro rodzeństwa, ale też było to świetnym treningiem w kontekście tworzenia przyjaznego klimatu w przyszłych relacjach z ludźmi, których było mi dane spotkać na swojej życiowej drodze.

Jedyną osobą w naszej rodzinie, która pracowała, był ojciec i jakoś się tak dobrze składało, że był w stanie zapewnić nam godne życie, co wcale nie znaczy, że okres tzw. „starej Polski” był na Śląsku okresem dobrobytu. Nic podobnego. Według moich obserwacji był to czas wielkiego bezrobocia i ściśle związanej z tym nędzy.

Z opowiadań rodziców pamiętam, że gdy ojciec wrócił z frontu I wojny światowej, od razu dał się wciągnąć do powstania po stronie polskiej i dzięki temu po zakończeniu tych awantur śląskich, już jako kombatant mógł liczyć na pewne przywileje, czym w jego przypadku była stała i godnie wynagradzana praca, najpierw na stanowisku tokarza, a potem kolejarza.

W 1932 r. ojciec, już jako pracownik kolei, otrzymał nakaz wyjazdu do Nowego Sącza, gdzie otrzymaliśmy mieszkanie służbowe. Tam też skończyłem szkołę powszechną.

Dzisiaj jestem pewien, że ojciec jako człowiek jeżdżący po całej Polsce i mający kontakt z wieloma różnymi ludźmi, przewidywał to, co miało się wydarzyć, bo wielokrotnie powtarzał mi – „Idzie ku nowej wojnie, przed którą musicie uciekać na Śląsk”. Ojciec zmarł nagle 27 lipca 1939 roku. Parę dni po jego śmierci wyjechałem na Śląsk do siostry, która wyszła za mąż i mieszkała w Rybniku na tzw. Pioskach.

Wrzesień 1939

To, co zapamiętałem z tamtych gorących przedwojennych dni, to przede wszystkim ogólne podenerwowanie podsycane przez radio, które nadawało jak nie muzykę, to wypowiedzi o charakterze narodowo – patriotycznym. Poza tym wyjeżdżających dokądś ludzi z mnóstwem bagaży, więcej policji na ulicach no i wojsko przemieszczające się w niewielkich grupach najprawdopodobniej z jednostki, która stacjonowała na Paruszowcu (Rybnik). I tak, jak na miasto nadgraniczne, które w zbliżającej się wojnie mogło być nawet miastem frontowym, to nastrój był bardzo niewojenny.

1 września 1939 r. wcześnie rano obudził mnie samolot, który kilkakrotnie przeleciał bardzo nisko nad naszymi domami, rycząc niesamowicie silnikiem. Jak już byłem na dworze, było słychać strzały karabinowe, dalekie ale wyraźne, co znaczyło, że wojna już trwa.

Na pewno było jeszcze wczesne rano, kiedy pobiegłem parę domów dalej do moich kolegów, których tata powstaniec dzień wcześniej uciekł do Żor, a im nakazał, że mają zabrać pierzynę i też uciekać w tym samym kierunku, gdzie on będzie na nich czekał. Czując niezłą przygodę, zabrałem się z moimi kolegami, pomagając im taszczyć na plecach tę nieszczęsną pierzynę, równocześnie maszerując torami kolejowymi. W swej naiwności nie zdawaliśmy sobie sprawy, że równolegle z nami tylko, że drogami idzie wojsko niemieckie. Gdy dotarliśmy do miasta, okazało się, że tam nikt na nas nie czeka, a samo miasto sprawiało wrażenie wyludnionego, po cichu oczekując na zbliżający się Wehrmacht. Dziś już nie pamiętam, kto nam doradził, że mamy się kierować na północny wschód do Palowic, bo tam ma się zbierać wojsko polskie, które będzie stawiało opór.

Do Palowic dotarliśmy w południe, już bardzo zmęczeni i spotkaliśmy aż dwóch polskich żołnierzy, którzy ku naszemu zdziwieniu wcale nie byli w nastroju bojowym, wręcz przeciwnie, zachowywali się jak prawdziwi defetyści, ciągle się dopytując, co zrobić, żeby nie spotkać wkraczających Niemców. W takiej sytuacji dalsza gonitwa za tatą była bez sensu tym bardziej, że według docierających informacji Niemcy już nas wyprzedzili. Więc po krótkim odpoczynku, ruszyliśmy z powrotem do Rybnika, pieszo z pierzyną na plecach.

Dziś, gdy wspominam ten „ marsz z pierzyną”, widzę jak bardzo byliśmy lekkomyślni, pchając się w „oko cyklonu”. Następny dzień rozpoczął się zupełnie normalnie, jakby wcale nie było pierwszego września. Wszyscy poszli do pracy, moi koledzy również. Do dziś dziwi mnie skuteczność, z jaką nowe władze potrafiły zapanować nad wszystkimi aspektami życia społecznego w tak dużym ośrodku miejskim, jakim był już wtedy Rybnik. Idąc powoli przez miasto, nigdzie nie zauważyłem nawet najmniejszych oznak anarchii czy czegoś, co mogłoby świadczyć, że wczoraj wojna przetoczyła się przez miasto.

Szybko zostałem zarejestrowany w urzędzie, gdzie mnie szczegółowo spisano i otrzymałem skierowanie do pracy w Ząbkowicach Śląskich w dużym gospodarstwie rolnym. Nigdy przedtem nie pracowałem w polu, ale w tak młodym wieku do wszystkiego można się łatwo przyzwyczaić. Poza tym nikt mnie w pracy nie wykorzystywał i warunki bytowe, jakie mi stworzono, nie były gorsze od tych, jakie mieli sami właściciele, których syn poległ podczas kampanii w Polsce. Późną jesienią w gospodarstwie zatrudniono również dwóch polskich jeńców wojennych na tych samych warunkach co mnie, które dla nich były lepsze od tych, jakie mieli we własnych rodzinach i zapewniali mnie, że już się nigdzie nie zamierzają ruszać. Po roku, kiedy czas mojej służby w gospodarstwie mijał, gospodarz oświadczył, że jak zostanę załatwi mi odroczenie od wojska, a jak odejdę to zgłosi na policje, że mają mi przedłużyć pobyt. Pozornie się zgodziłem, ale wieczorem byłem już w Rybniku. Po dwóch dniach zjawiła się policja i zostałem aresztowany na parę dni. Musiałem za karę czyścić policyjne rowery, aż sprawa z robotą na gospodarstwie nie została wyjaśniona. Kolejny nakaz pracy otrzymałem do Huty Silesia, a stamtąd do fabryki elektrod w Raciborzu.

Wehrmacht

Z naszej rodziny jako pierwszy do Wehrmachtu poszedł najstarszy brat Alojzy. Dokładnie 27 lipca 1941 r. i długo się nie nawojował, bo już tego samego roku poległ w okolicach Wiaźmy w trakcie ofensywy naszych wojsk na Moskwę.

O mnie wojsko upomniało się rok później, a cała procedura związana z poborem odbywała się  w komendzie wojskowej, która mieściła się w ogromnym gmachu (obecnie budynki Politechniki Śląskiej przy ul. Kościuszki), gdzie bardzo łatwo można było pobłądzić.

Na początku myślałem, że pojadę sam do Monachium, dokąd miałem skierowanie. Kiedy przyszedłem na dworzec, zobaczyłem ogromny tłum takich jak ja. Pociąg, który nadjechał, był zarezerwowany wyłącznie dla nas, a na pożegnanie grała nam orkiestra. W pociągu od razu zaopiekowali się nami podoficerowie, rozdając każdemu dwa wianki suchej kiełbasy i bochenek chleba. Kawa była wystawiona w przedziałach w dużych pojemnikach i można było pić do woli. Nie zapomniano również o opiece medycznej, na wypadek gdyby komuś trzeba było pomóc. Dziś już dokładnie nie pamiętam, jak długo trwała nasza podróż, ale na pewno nie dłużej jak jeden dzień.

Monachium, no cóż jak każde miasto, ale koszary swym ogromem porażały. Tworzyły coś na wzór miasteczka wojskowego. Jak na warunki koszarowe, mieliśmy się bardzo dobrze. Zakwaterowano nas w sześcioosobowych salach, w których byli sami Ślązacy. Stały tam  parterowe łóżka, było też odpowiednie wyżywienie i brak poniżającej tresury . Raz tylko, na samym początku, miało miejsce mało przyjemne zdarzenie. Jeden z kolegów przywiózł ze sobą sporo żywności, która zaczęła się psuć rozsiewając po całej sali nieprzyjemny fetor, który w nocy został wytropiony przez dyżurnego oficera. Reakcja była natychmiastowa – pobudka, usunięcie nadpsutej żywności i ostre nocne szorowanie podłogi. Po czterech tygodniach podstawowego szkolenia, zostaliśmy przydzieleni do batalionów i rozesłani w różne miejsca Europy. Ja ze swoją jednostką trafiłem do północnej Francji. Tym razem zostaliśmy zakwaterowani nad samym morzem w budynkach cywilnych, z których ewakuowano mieszkańców.

Tereny były wymarzone do ostrych ćwiczeń, z jednej strony rozległe bezludne plaże przechodzące w zarośla, z drugiej morze, w kierunku którego można było pakować tyle pocisków, ile się dało bez obawy, że się kogoś postrzeli. Tam przeszedłem szkolenie w obsłudze Mg-42 i wraz pomocnikiem zajmującym się amunicją, staliśmy się obsługą tej śmiercionośnej maszyny. Po dwóch miesiącach bardzo intensywnych, wyłącznie taktycznych ćwiczeń, zostałem przydzielony do 666 regimentu piechoty i wysłany do Rosji.

Ost front

Dokładnie już nie pamiętam, jak długo trwała nasza podróż, ale na pewno kilka dni. Mijane tereny były szare, bezbarwne i płaskie. Na przyfrontowych obszarach nasz transport został wykolejony, a potem ostrzelany z okolicznych lasów, ale na szczęście nikomu nic się nie stało, a ci, którzy do nas strzelali, gdyśmy im odpowiedzieli ze wszystkich luf, od razu zamilkli i już więcej nie próbowali nas zaczepiać. Po paru dniach biwakowania podstawiono nowe lokomotywy, przed którymi były doczepione trzy wagony z piachem, na wypadek uszkodzonych szyn czy ewentualnej próby ich wysadzenia. Po wyładunku rozpoczęliśmy marsz na linie frontu, który trwał kilka godzin. Tereny były mało zachęcające – same lasy, bagna pozbawione utwardzonych dróg.

Na krótko przed osiągnięciem linii frontu przegrupowaliśmy się z kolumny marszowej w tyralierę na wypadek nagłego ostrzału, który mógł spowodować dotkliwe straty, co się niestety wcześniej dość często zdarzało. Samo luzowanie jest operacją dość ryzykowną i trzeba mieć na uwadze, że przeciwnik wykorzysta chwilowe zamieszanie i zaatakuje, co i tym razem się wydarzyło, ale nie spowodowało żadnych strat po naszej stronie, bo wróg bardzo niemrawo i bez przekonania atakował, jak gdyby pozorował atak.

Po naszych zluzowanych kamratach, odziedziczyliśmy płytkie na wpół zasypane okopy i liche schrony, które trzeba było od nowa pogłębiać i umacniać tak, żeby dawały w miarę bezpieczne schronienie. Nasze stanowiska znajdowały się opodal wsi Wiasna, której część mieszkańców nadal przebywała w swoich na wpół zniszczonych domostwach, a były one w gorszym stanie niż nasze umocnienia polowe. Do dziś zastanawiam się, co ci ludzie jedli i jak przeżyli zimowe chłody, a może nie przeżyli? Tego już nie wiem.

Tak się dziwnie złożyło, że moja jednostka zajmowała stanowiska na terenach, gdzie przed rokiem toczyły się ciężkie walki i to właśnie na którymś z tych pobojowisk spoczywały doczesne szczątki mojego brata.

Obszedłem parę żołnierskich cmentarzy, ale nigdzie nie znalazłem jego mogiły. Mogłem trafić akurat nie na ten cmentarz albo jego szczątki nie zostały pochowane. Nie wiem, ale do dziś mam dyskomfort psychiczny z tego powodu.

Według naszych szacunków, stanowiska rosyjskie były oddalone od naszych o około 1km lekko pofałdowanego terenu. Dowódca naszego odcinka postanowił wysondować przeciwnika poprzez atak, który nastąpił któregoś wieczoru. Wbrew naszym oczekiwaniom przeciwnik został łatwo rozbity, ale nasz sukces był tylko połowiczny, gdy się okazało, że zdobyte przez nas pozycje to nic innego jak tylko przedpiersie, a prawdziwe umocnienia znajdują się 500 m dalej, skąd spadła na nas lawina stali, zmuszając do szybkiego odwrotu. Rosjanie funkcjonowali o wiele lepiej niż my, mając za sobą niezniszczone zaplecze, które eksploatowali bez skrupułów, co łatwo można było wywnioskować po odgłosach harmonii, kobiecego chichotu i podpitych okrzyków.

Podczas jednej z moich nocnych służb, gdy siedziałem w schronie i obserwowałem przedpole w pewnym momencie zaczął mnie interesować krzaczek czy choinka, która powolutku niewielkimi skokami zbliżała się do mnie. Aby mieć pewność, że to nie jest senne mamidło, zacząłem to obserwować przez lornetkę i wtedy zauważyłem, że pod tą choinką kryje się rosyjski zwiadowca, który bardzo umiejętnie się maskując, skrył się w niewielkim zagłębieniu na tzw. ziemi niczyjej. Rano zgłosiłem to dowódcy i jeszcze tego samego dnia wieczorem ruszyłem razem z dwunastoma kolegami, aby ująć lub zlikwidować tego zwiadowcę. Na nasze nieszczęście pobłądziliśmy i jeszcze dostaliśmy się pod ostrzał sowieckiej artylerii, w wyniku czego paru kolegów zastało rannych.

Kiedyś zostałem wysłany po zupę, najadłem się w kuchni do syta i gdy wracałem z powrotem, nagle walnął moździerz. Zanim przywarłem do ziemi, jeden z odłamków przebił kanister, na szczęście dość wysoko i tylko mniejsza połowa zupy wyciekła. Gdy dotarłem do moich kolegów, zupa zamarzła i trzeba ją było dłubać, wtedy ktoś zasugerował, żeby ją podgrzać i zaczęliśmy szukać drewna, a znaleźliśmy kopiec kartofli, których też nie można było zjeść z powodu braku wody. Ale jeszcze tego samego dnia przyszła paczka do jednego kolegi, który dzień wcześniej poległ i dowódca komisyjnie ją otwarł, a potem również komisyjnie podzielił, dzięki czemu zapachniało domem. Po Armii Czerwonej drugim naszym najgroźniejszym wrogiem były wszy, które atakowały nas z jednakową zajadłością przez całą dobę, dlatego będąc już w skrajnej desperacji, zdecydowałem się na ostateczność, rozkładając moją koszulę na zmarzniętej ziemi. Miałem nadzieję, że mróz rozprawi się z wszami i dzięki temu dadzą się bez problemu wytrzepać. A tu zaczął się ostrzał. Porzuciłem więc koszulę i schowałem się w schronie. Gdy wróciłem, na miejscu koszuli pozostał tylko lej po wybuchu.

28 grudnia 1941 r. była bardzo mroźna noc. Razem z kolegą zajmowaliśmy stanowisko przy moim Mg42, oczekując na spodziewane najście sowietów. Mój towarzysz broni, usiadł na swój hełm jakieś 2m za mną i próbował zapalić papierosa od zapalniczki. W tym momencie wróg zaczął ostrzał i na nasze stanowisko uderzyły dwa pociski z lekkiego moździerza. Jeden z nich ciężko ranił mojego kolegę. Leżał na dnie okopu z głową zanurzoną we krwi i wylanym okiem, po którym pozostała tylko straszna krwawa jama, poza tym cały był posiekany drobnymi odłamkami. Na ten widok zacząłem wrzeszczeć – „Sanitariusz!” – wlokąc go powoli w kierunku, gdzie miał się znajdować punkt sanitarny. Sanitariusz, gdy nas zobaczył, zasłabł, bo okazało się, że ja również byłem ranny w lewy policzek, o czym nie wiedziałem, ponieważ prawdopodobnie byłem w szoku, a moi koledzy mogli nie widzieć, bo miałem na głowie duży filcowy kaptur. Mojego rannego towarzysza zapakowano do specjalnych sań w kształcie kajaku i przetransportowano na tyły, a mnie zaprowadzono do schronu, gdzie przeleżałem trzy dni. Najpierw wszyscy o mnie zapomnieli, zajmując się ciężej rannymi, których lawinowo przybywało, a potem z powodu zamieszania wywołanego nagłą bojową aktywnością Rosjan.  Gdy się zorientowali i mnie wyciągnęli, nikt nie wiedział, kim jestem. Całą twarz miałem zniekształconą potworną opuchlizną, pokrytą na wpół zakrzepłą, na wpół zamarzniętą krwią wymieszaną z ropą, która powoli wyciekała z podziurawionej twarzy. W tym wypadku niska temperatura była dla mnie korzystna, gdyż zapobiegła zakażeniu i w naturalny sposób zablokowała wypływ krwi.

Świadomość wróciła mi dopiero w pociągu sanitarnym, jadącym na zachód, a to, że byłem jeszcze pośród żywych zauważyłem dopiero w szpitalu kijowskim, gdzie młode Ukrainki sanitariuszki, rozbierały nas z tego, co jeszcze pozostało z munduru, a potem kąpały i goliły żartując sobie z oznak naszej męskości.

Nie wiem, jak długo byłem w Kijowie, ale chyba nie za długo, bo pierwszą poważną operację, po której całkowicie wróciła mi świadomość, przeszedłem w specjalnym pociągu sanitarnym, który był takim szpitalem na szynach szybko zmierzającym na zachód, gdzie się  jeszcze  toczyło normalne życie.

Rekonwalescencja

Z pociągu sanitarnego, zostałem przewieziony do normalnego stacjonarnego szpitala we Freiburgu niedaleko Szwajcarii, gdzie przeleżałem tylko dwa tygodnie przechodząc lekkie leczenie. Tam spotkała mnie miła niespodzianka – odwiedziny siostry i narzeczonej. Po dwóch tygodniach przewieziono mnie do Wrocławia, gdzie zoperowano mnie kolejny raz, usuwając  mi z twarzy pozostałe odłamki. W sumie we Wrocławiu byłem sześć miesięcy i był to bardzo jasny okres mojej służby wojskowej. Mogłem wychodzić ze szpitala, co wykorzystywałem na spotkania z moją narzeczoną, która dość często mnie odwiedzała. Poza tym sam Wrocław, jako miasto, bardzo mi się podobał. Niczym nie odbiegał od innych europejskich metropolii, które było mi dane zobaczyć. Po wyjściu ze szpitala otrzymałem miesięczny urlop.

Francja

Na krótko przed końcem urlopu otrzymałem skierowanie do nowej jednostki w Katowicach, a stamtąd do Budziszyna, gdzie po uzupełnieniu wysłano nas do południowej Francji. Tam nas przegrupowano, wysyłając moją kompanię na szkolenie niszczycieli czołgów do Sullak niedaleko Bordeaux.

Po tych wszystkich szkoleniach, zostałem już na stałe skierowany w okolice Cherbourga – dużego miasta portowego leżącego przy końcu półwyspu, będącego ważnym miejscem strategicznym. Cały półwysep pomimo swoich naturalnych walorów obronnych został jeszcze dodatkowo ufortyfikowany, stając się łatwym miejscem do obrony.

Służba na tym umocnionym półwyspie była przyjemna, bez tych wszystkich niebezpieczeństw i utrudnień, jakie niesie ze sobą pobyt na froncie.

Taka sytuacja trwała do czasu lądowania aliantów, kiedy w wyniku niekorzystnych dla nas operacji wojskowych, zostaliśmy zablokowani na tym ufortyfikowanym miejscu. Szybko się okazało, że długo nie wytrzymamy bez żywności, której dowóz został odcięty. Pozostały nam tylko ogromne zapasy wina zmagazynowane w zbiornikach ciągnących się przez sto metrów, z których codziennie czerpaliśmy wiadrami. Po jakimś czasie otrzymaliśmy wiadomość, że  zostaniemy ewakuowani drogą powietrzną i tak też się stało. Pierwsza grupa została wywieziona, ale zaraz potem amerykańskie bombowce zniszczyły lotnisko. Wtedy stało się jasne, że dalsze tkwienie na pozycjach jest bez sensu.

Do niewoli wzięli nas Francuzi i od razu przekazali Amerykanom, którzy po jakimś czasie zaczęli nas segregować pod względem narodowościowym.

Wszystkich Ślązaków przewieźli do Lacurtin i zaproponowali wstąpienie do Wojska Polskiego, wcześniej dając do zrozumienia, że wiele na tym zyskamy.  W międzyczasie nastąpił koniec wojny, większość kolegów podobnie z resztą jak i ja, mając pewność, że już nie zostaną wysłani na front, skorzystała z propozycji zgłaszając akces do WP.

W nowym wojsku to były prawdziwe wczasy, jedzenie jak w cywilu do tego papierosy, czekolady i cytrusy bez ograniczeń. Żołd podwójny, więc można było bez problemu wyjść do miasta i spokojnie usiąść w kawiarni.

Ubrano nas w nowiutkie mundury i zakwaterowano w koszarach, bo przedtem mieszkaliśmy w namiotach. W naszych kwaterach zjawiali się oficerowie i namawiali, żeby pozostać na Zachodzie, bo w Polsce będzie wprowadzony komunizm. Dzisiaj żałuję i to bardzo, ale wtedy, no cóż, w domu czekała narzeczona, zasypując mnie listami, żebym natychmiast wracał.

Do domu

Amerykanie zawieźli nas ciężarówkami do Szczecina, tam zostaliśmy przywitani czarną kawą zbożową, jałową kaszą i sucharami, z czego amerykańscy kierowcy śmiali się do rozpuku. Pytali, jak można tak karmić ludzi, kiedy wojna się już skończyła. Nam nie było już zbytnio do śmiechu, widząc, jaka czeka nas rzeczywistość, ale Rubikon został przekroczony i odwrotu nie było. Po trzech dniach ewidencjonowania otrzymałem bilet kolejowy do Rybnika. I tak się zakończyła moja wojenna wędrówka. 

 Marian Kulik

Comments

comments