Wielki Strateg a sprawa śląska
31 maja 2017
0

Odkąd pamiętam, słyszę regularnie, że Jarosław Kaczyński może i ma niesłuszne poglądy, ale wielkości politycznego stratega odmówić mu nie można. Wbrew złotoustemu Josephowi Goebbelsowi kłamstwo lub bzdura nie stają się prawdą wskutek samego tylko uporu, z jakim są powtarzane, toteż spektakularna klęska rządu PiS w staraniach o udaremnienie reelekcji Donalda Tuska na stanowisko szefa Rady Europejskiej dobitnie obnażyła fałsz tego obiegowego sądu.

Wielki Strateg jakoś wykorzystać nie potrafił, przegrywając z ugrupowaniem Tuska sześć (!) kolejnych elekcji. Foto: Adrian Grycuk CC BY-SA 3.0 pl

Zapytajmy wprost: kiedy manifestować się miał rzekomy polityczny geniusz Kaczyńskiego? Prezes Prawa i Sprawiedliwości odniósł w swojej karierze trzy triumfy: zwycięstwo wspieranego przezeń wówczas Lecha Wałęsy w wyborach prezydenckich roku 1990, następnie podwójne wyborcze zwycięstwo PiS w roku 2005 i wreszcie zdobycie bezwzględnej większości w Sejmie półtora roku temu. Czy którykolwiek z tych sukcesów wolno traktować w kategoriach wyjątkowej politycznej biegłości? Raczej nie. Wałęsa wygrał, ponieważ był symbolem zwycięskiej walki z reżimem PRL, a na dodatek miał wyjątkowo lichych konkurentów: niemrawego premiera Mazowieckiego oraz przerażającego większą część społeczeństwa Stana Tymińskiego z tajemniczą teczką. W 2005 roku wygrana PiS i Lecha Kaczyńskiego stała się możliwa dzięki aferom rządów SLD, których skala, a przede wszystkim medialna ekspozycja uprawdopodobniły w oczach elektoratu starą diagnozę Kaczyńskiego o praprzyczynie wszelkiego zła: widmowym Układzie, którego jednak ludzie Prezesa nie potrafili znaleźć i pokazać ani podczas swojej pierwszej, ani drugiej kadencji u władzy. Wtedy Kaczyński zwyciężył, gdyż jako twórca tej koncepcji był bardziej wiarygodny od usiłującego imitować ją Tuska, a ponadto dołożył do tego celne, choć populistyczne, a nawet odrażające moralnie ataki na program gospodarczy PO i dziadka jej przewodniczącego. W końcu, w roku 2015, udało się wygrać dzięki znużeniu społeczeństwa ośmioletnią epoką rządów Platformy, powszechnie zresztą krytykowanej za kunktatorstwo i brak woli reform, czego przez te wszystkie lata Wielki Strateg jakoś wykorzystać nie potrafił, przegrywając z ugrupowaniem Tuska sześć (!) kolejnych elekcji.

Teraz, kiedy kontrakcja wymierzona w ponowny wybór znienawidzonego oponenta na przewodniczącego RE zakończyła się żenującym fiaskiem, poważni komentatorzy znów zachodzą w głowę, jaki to przebiegły plan może w umyśle Kaczyńskiego uzasadniać skazywanie na taką poniewierkę nieszczęsnej premier swojego rządu, która na konferencji prasowej po nieudanym dla niej unijnym szczycie wyglądała, jakby miała za moment popłakać się, położyć i zacząć walić pięściami w podłogę. Otóż nie ma i nie było żadnego planu, żadnej misternej intrygi. Zdecydowała obłąkańcza chęć dołożenia Tuskowi za wszelką cenę. Pozycja i wizerunek Rzeczypospolitej w Unii, prestiż rządu – wszystko to pal licho, skoro można było choć przez krótką chwilą napsuć krwi człowiekowi mającemu finalnie trafić w państwie PiS za kraty.

W tym kontekście wściekle napastliwa i bezwstydnie oszczercza treść propagandy wytworzonej na temat RAŚ w (nie)sławnym programie Anity Gargas nie powinna nikogo dziwić. PiS to partia, która mizerię programu i polityczną nieudolność skutecznie nadrabia, generując i eskalując nienawiść, czym zjednuje sobie kilka milionów stałego, podobnie czującego elektoratu. Ponieważ pożywką tych uczuć jest w znacznej mierze nacjonalizm (jak Ślązacy są „ukrytą opcją niemiecką”, tak Tusk jest „niemieckim przewodniczącym Rady”), należy cieszyć się, dopóki ataki na Ślązaków będą przybierały wyłącznie postać werbalno-wizualną. Może być gorzej, o czym zaświadczą coraz liczniejsi właściciele kebabów w całej Polsce.

Norbert Slenzok 

Comments

comments