Rozrabianie ruchu śląskiego. Komu zależy na wygaszaniu śląskości?
28 maja 2019
0

Ostatnie lata działalności śląskich ugrupowań obfitują w wydarzenia, które mogą stać się inspiracją niejednej spiskowej teorii.

Rejestracje partii na wyścigi, opieszałość warszawskiego sądu, polityczna bigamia prezesa jednego ze stowarzyszeń, który nagle przypomniał sobie, że choć współtworzy partię śląską, to cały czas należy do jednej z warszawskich.

Wreszcie pojawienie się kandydatki śląskich radykałów na listach antyśląskiego ugrupowania. Pokusa, by wyjaśnić ten cały galimatias napisanym gdzieś ponad naszymi głowami mrocznym scenariuszem, jest silna.

Czy śląscy działacze występują w groteskowym teatrze marionetek?

Na śląskiej fali

Kiedy w roku 2010 Ruch Autonomii Śląska po dwóch nieudanych próbach uzyskał mandaty w sejmiku województwa śląskiego i od razu zaproszony został do rządzącej koalicji, dla śląskości nastały lepsze czasy. Zanosiło się, że potrwają długo, a cele nakreślone w mapie drogowej „Autonomia 2020” wydawały się całkiem realne.

Autonomiści byli na fali, ich entuzjazmowi warszawskie partie w regionie nie były w stanie przeciwstawić nic poza rutyną. Mimo braku wcześniejszego doświadczenia w pracy samorządowej, w zarządzaniu powierzonymi im obszarami we władzach wojewódzkich radzili sobie nadspodziewanie dobrze. Ta dynamika wzbudziła niepokój nie tylko wśród polskich nacjonalistów z PiS, tradycyjnie straszących piątą kolumną i separatyzmem.

W podobnym tonie wypowiadał się ówczesny prezydent Bronisław Komorowski i skupiona wokół niego grupa polityków Platformy. To prezydenckie intrygi uniemożliwiły – mimo przedwyborczych deklaracji samego Komorowskiego – uznanie śląskiego za język regionalny. To w Warszawie wydano także rozkaz spacyfikowania Muzeum Śląskiego, którego dyrektor ośmielił się zaproponować wystawę historii Górnego Śląska, widzianej ze śląskiej perspektywy.

Na to RAŚ, którego przewodniczący nadzorował pracę instytucji jako członek zarządu województwa, nie mógł się zgodzić. Koalicja z PO została zerwana. Autonomiści zachowali się jak trzeba, jednak ceną była zamiana współudziału we władzy na miejsca w ławach opozycji.

Zadyszka

Rozmach, którego nabrał ruch śląski głównie za sprawą RAŚ, wzbudził irytację nie tylko polityków w Warszawie, ale również niespełnionych śląskich działaczy, którzy we własnym odczuciu zostali zmarginalizowani, a być może po prostu nie dotrzymali kroku. Już w wyborach 2014 roku autonomiści musieli zmierzyć się z wewnątrzśląską konkurencją w postaci komitetu wyborców „Mniejszości na Śląsku”, który jednak osiągnął wynik na tyle lichy, że mało kto pamięta o jego starcie.

Tymczasem liderzy ruchu śląskiego stanęli wobec innych zagrożeń. Dotychczasowa formuła działania, oparta na pracy społecznej i finansowana z własnych środków, w dłuższej perspektywie okazywała się niewystarczająca w konfrontacji z uprzywilejowanymi partiami warszawskimi, opłacanymi pieniędzmi podatnika i zatrudniającymi działaczy na partyjnych etatach. Słabość ta stała się oczywista w wyborach parlamentarnych 2015 roku – brak wystarczających funduszy na wypromowanie nowej marki, jaką był komitet „Zjednoczeni dla Śląska”, przyniósł słabe wyniki. Jak miało się okazać trzy lata później, śląscy liderzy nie wyciągnęli właściwych wniosków z tej lekcji.

Partia lekiem na całe zło?

Nie oznacza to, że kierownictwo RAŚ nie było świadome potrzeby tchnięcia w ruch śląski nowej energii. Już na kongresie w marcu 2015 roku Jerzy Gorzelik zapowiedział utworzenie śląskiej partii, nie precyzując terminu i zaznaczając, że projekt taki będzie miał sens, jeśli nie ograniczy się wyłącznie do członków jego stowarzyszenia. Pozostający na marginesie ruchu śląskiego działacze, w tym inicjatorzy powołania komitetu „Mniejszości na Śląsku” z roku 2014, uznali, że to dobry moment, by przypomnieć o swym istnieniu.

Postanowili ubiec pomysłodawców, składając wniosek o rejestrację partii „Ślonzoki Razem”. Rychło okazało się jednak, że nie przez przypadek od lat wegetowali na uboczu śląskich spraw. Kłopoty ze skompletowaniem wniosku sparaliżowały ich przedsięwzięcie. Tymczasem w połowie roku 2017 do liderów RAŚ zgłosił się prezes Związku Górnośląskiego, deklarując gotowość tworzenia wspólnego ugrupowania, które wystartowałoby w najbliższych wyborach samorządowych. Autonomiści przystali na propozycję współpracy, co okazało się decyzją brzemienną w skutki dla całego ruchu śląskiego.

Jeźdźcy bez głowy

Co podkusiło liderów RAŚ, by krótko przed wyborami porzucić rozpoznawalny szyld swojego stowarzyszenia i zainwestować w budowę od podstaw marki Śląskiej Partii Regionalnej, nie wiadomo. Wiadomo jednak, że nieudany eksperyment z komitetem „Zjednoczeni dla Śląska” powinien skłonić ich do ostrożności, której nie wykazali. Być może padli ofiarą braku wiary we własne siły. Sondaże z pierwszych miesięcy 2018 roku pokazywały jasno, że RAŚ mógł liczyć na utrzymanie stanu posiadania w sejmiku, co oznaczałoby rolę języczka u wagi i znaczący wpływ na politykę w regionie. A być może wprost przeciwnie – swoje siły przecenili, zakładając, że w niewiele ponad rok stworzą nową, rozpoznawalną siłę na śląskiej scenie politycznej. Z miesiąca na miesiąc szanse na powodzenie od początku obarczonego wielkim ryzykiem przedsięwzięcia malały. Warszawski sąd przeciągał procedurę rejestracji ŚPR, stosując absurdalne wybiegi jak nieuznanie podpisów poparcia dla utworzenia partii, opatrzonych adresem „Siemianowice” lub „Piekary” zamiast „Siemianowice Śląskie”, „Piekary Śląskie”. Kiedy wreszcie po dziesięciu miesiącach wniosek został rozpatrzony pozytywnie, rejestrację uzyskała również partia „Ślonzoki Razem”.

Liderzy „Ślonzoków Razem”, którzy w kampanii wyborczej ograniczali swoją aktywność do niewybrednych ataków na ŚPR, choć sami nie ugrali nic, nie skrywali satysfakcji z niepowodzenia konkurencyjnej śląskiej partii. Foto: fb.com/Slonzoki-Razem

W co Pan gra, Panie Prezesie?

W międzyczasie ŚPR musiała zmierzyć się z pierwszym poważnym kryzysem wizerunkowym. Przedstawiany jako jeden z inicjatorów jej powstania prezes Związku Górnośląskiego, mimo powtarzanych deklaracji o opuszczeniu szeregów PO, wybrany został wiceprzewodniczącym katowickich struktur tej partii. Henryka Mercika z RAŚ oraz swoje koleżanki i kolegów ze Związku o rezygnacji z budowy śląskiej partii poinformował SMS-em. Na kilka miesięcy za sprawą swej politycznej bigamii (ani statut ŚPR, ani statut PO nie dopuszczają możliwości członkostwa w innej partii) stał się obiektem niewybrednych kpin. Zwłaszcza, gdy okazało się, że jego stara-nowa partia zaproponowała mu miejsce na liście do sejmiku zdecydowanie nieodpowiadające oczekiwaniom (ostatecznie propozycję tę odrzucił). Niewielka stąd satysfakcja dla tych, którzy postanowili wytrwać w zamiarze budowy śląskiej partii. Osieroceni i oszukani przez prezesa działacze Związku Górnośląskiego opuścili pokład ŚPR, na którym pozostali członkowie RAŚ i kilku innych stowarzyszeń. Misja, którą zdecydowali się kontynuować, jak widać z perspektywy czasu była na tym etapie beznadziejna.

Ślonzoki razem czyli osobno

Latem 2018 roku, kilka miesięcy przed wyborami, można było wciąż zawrócić z ryzykownej drogi i podjąć decyzję o starcie w ramach komitetu Ruchu Autonomii Śląska, budowę partii odkładając na później. Zasada „ani kroku w tył”, która wielokrotnie przynosiła autonomistom sukces, tym razem okazała się zabójcza. Podobnie jak dwa kluczowe błędy, popełnione przez Śląską Partię Regionalną. Pierwszy, wręcz szkolny, zaowocował brakiem pełnej nazwy ugrupowania na kartach do głosowania, gdzie pojawił się skrót KW ŚPR. W efekcie zdezorientowani wyborcy, z których spora część szukała komitetu RAŚ, oddali głosy na listę „Ślonzoków Razem” (znajdującą się na karcie tuż obok), którzy nie prowadzili kampanii, ale byli jedyną czytelną śląską marką. Drugi błąd to wybór kandydatki na prezydenta Katowic. Mimo początkowo niezłych sondaży, w kolejnych odsłonach kampanii coraz bardziej odsłaniała swe słabości, szczególnie widoczne w debatach. Nie przekonała do siebie nawet wielu zdeklarowanych wyborców RAŚ, którzy zarzucali jej brak autentyczności i koniunkturalne „przyklejenie się” do regionalistów. W konsekwencji ryzyka, błędów i podziałów, ruch śląski w wyborach samorządowych poniósł klęskę. Choć po raz kolejny okazało się, że co najmniej sto tysięcy wyborców w województwie gotowych jest oddać głosy na śląskie listy, to głosy te tym razem zostały zmarnowane. Skorzystał na tym PiS, który, korumpując jednego z radnych Koalicji Obywatelskiej, uzyskał większość w sejmiku.

Projekt sezonowy

Liderzy „Ślonzoków Razem”, którzy w kampanii wyborczej ograniczali swoją aktywność do niewybrednych ataków na ŚPR, choć sami nie ugrali nic, nie skrywali satysfakcji z niepowodzenia konkurencyjnej śląskiej partii. Można było odnieść wrażenie, że ich faktyczny cel stanowiło niedopuszczenie do pojawienia się śląskiej reprezentacji w sejmiku. Przez kolejne miesiące ŚPR przeprowadziła konwent, poprzedzony wyborem delegatów w okręgach, wydała szereg oświadczeń, dotyczących ważnych regionalnych kwestii, zaproponowała rozwiązania w zakresie polityki energetycznej, natomiast w „Ślonzokach Razem” nie działo się nic. Aż do momentu konstruowania list w wyborach do Parlamentu Europejskiego. Partia postanowiła wystawić swą kandydatkę na liście Kukiz ’15 – ugrupowania, które wraz z PiS doprowadziło do utrącenia obywatelskiej inicjatywy ustawodawczej, zakładającej uznanie śląskiej mniejszości etnicznej. Działaczka „Ślonzoków Razem” znalazła się w towarzystwie posłów, którzy z sejmowej mównicy obrażali Ślązaków i naśmiewali się ze śląskiej tożsamości. Przewodniczący partii, zapewne dla zatarcia złego wrażenia, wystawił swą córkę z listy Polski Fair Play, a trzeci z liderów, który nie ukrywał sympatii do „Wiosny” Roberta Biedronia, postanowił opuścić szeregi skompromitowanego ugrupowania.

ŚPR – własna siła jedyną szansą

Sekretarz „Ślonzoków Razem” nie ukrywa, że współpraca z Kukiz ’15 dotyczyć ma również wyborów parlamentarnych. Nie jest tajemnicą, że ugrupowanie Pawła Kukiza to potencjalny koalicjant PiS, który ponoć pomógł mu w zbiórce podpisów pod listami wyborczymi do PE. Biorąc pod uwagę, że to właśnie PiS najbardziej skorzystał na rozbiciu śląskich głosów w wyborach samorządowych, łatwo wytypować „opiekuna” kanapowej śląskiej partii. Gdyby hipoteza ta okazała się prawdziwa, nawoływania do jedności ruchu śląskiego straciłyby wszelki sens. Śląska Partia Regionalna, której zarzucić można wiele poważnych błędów, ale z pewnością nie działanie z inspiracji którejkolwiek z partii warszawskich, musi liczyć się z tym, że w każdych kolejnych wyborach konkurenci postarają się zmajstrować jej jakiegoś lokalnego rywala. Zapobiec temu nie można – można natomiast zbudować markę na tyle silną, by zabiegi takie miały skuteczność równie znikomą jak inicjatywa „Mniejszości na Śląsku” w 2014 roku.

Czy rację mają ci, którzy w działaniach sabotujących ruch śląski i projekt Śląskiej Partii Regionalnej widzą coś więcej niż splot okoliczności? Czy Ślązacy zostali rozegrani przy, świadomym lub nie, współudziale niektórych z nich? Niewykluczone. Być może jednak w opisanych wypadkach nie należy doszukiwać się drugiego dna, a jedynie małostkowości, wygórowanych ambicji i złośliwości tych, których nie stać na twórcze działanie. Od tych przywar Ślązacy niestety nie są wolni.

 

Mariusz Wons

Comments

comments